sobota, 13 stycznia 2018

"Krew elfów" Andrzej Sapkowski

TOM III WIEDŹMIN

"Tako rzecze Ithlinne, elfia wieszczka i uzdrowicielka:
Drżyjcie, albowiem nadchodzi Niszczyciel Narodów.
Stratują waszą ziemię i sznurem ją podzielą.
Miasta wasze zostaną zburzone i pozbawione mieszkańców.
Nietoperz i kruk w domach waszych zamieszkają,
drzewo straci liść, zgnije owoc i zgorzknieje ziarno.
Zaprawdę powiadam wam, oto nadchodzi czas miecza i topora,
wiek wilczej zamieci.
Miasto płonie, wąskie uliczki zieją ogniem i żarem.
Narasta wrzask, odgłosy zajadłej walki, murem wstrząsają głuche uderzenia taranu.
Krzyk, strach.
Obezwładniający, paraliżujący, duszący strach".

Komentarz: „Nieszczęście postąpiło zgodnie z odwiecznym zwyczajem nieszczęść i jastrzębi - wisiało nad nimi czas jakiś, ale wyczekało z atakiem do sposobnego momentu.”

Trzeci tom Wiedźmina a zarówno pierwszy tom serii, która nie pokazuje już luźnych opowiadań z życia Geralta z Rivii, ale skupia się na ciągu fabularnym, gdzie główną rolę zaczyna odgrywać podopieczna wiedźmina – Ciri. Tak jak przy opowiadaniach popadałam w zachwyt i szacunek dla autora, tak tutaj, mój stosunek do Krwi elfów i początku czegoś większego można uznać za burzę emocji.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Podsumowanie roku 2017

Dobra, tylko spokojnie. Wszystko jest pod kontrolą. Wcale nie opuściłaś się w czytaniu. Wcale nie jest gorzej niż w zeszłym roku... Nikt tego nie zauważył... I kogo ja chcę oszukać?! Z góry przepraszam za tak małą aktywność blogową, bo jednak prawdą jest, że studia zabijają zapał czytelniczy i piśmienny. W 2017 roku mało czytałam, mało pisałam, ogólnie wyszła masakra przez duże M. Jest mi wstyd i hańba mi, bo nie podołałam nawet przy mniejszej ilości książkowej w MUST READZIE...
Ale, ale. Nie należę do osób, które zbyt długo się dołują, bo co jak co, jestem osobą zdeterminowaną i nie poddającą się. W końcu wciąż prowadzę tego bloga, wciąż dodaję posty - mniej, ale dodaję - i nawet nie rozpatruję ewentualności zaprzestania pisania recenzji. Jest ciężko, ale nie narzekam, bo już się do tego przyzwyczaiłam. Z tą pozytywną nutą, mam nadzieję, że rok 2018 będzie owocniejszy pod względem czytania jak i pisania oraz łudzę się nadzieją, że pisanie licencjatu mi w tych planach nie przeszkodzi >////<. Jeszcze raz: Życzę Wam wszystkim udanego czytelniczego nowego roku! Z góry dziękuję za cierpliwość i zaglądanie na tego skromnego bloga.

czwartek, 28 grudnia 2017

"Żółwie aż do końca" John Green

Szesnastoletniej Azie do głowy by nie przyszło, że będzie prowadzić śledztwo w sprawie tajemniczego zniknięcia miliardera Russella Picketta. Jest jednak sto tysięcy dolarów nagrody do zgarnięcia, no i jej Najlepsza i Najbardziej Nieustraszona Przyjaciółka Daisy bardzo chce rozwiązać tę zagadkę!

Dziewczyny wspólnie próbują dotrzeć do Davisa, syna miliardera, którego Aza poznała kiedyś na letnim obozie. Na pozór niewiele ich dzieli, ale tak naprawdę jest to przepaść.
Aza się stara. Stara się być dobrą córką, dobrą przyjaciółką, dobrą uczennicą, a nawet detektywem, jednocześnie zmagając się z obezwładniającymi lękami i dręczącymi myślami, których spirala coraz bardziej się zacieśnia. (opis z lubimyczytac.pl)

Komentarz: „Zamartwianie to właściwe podejście do życia. Życie jest jednym wielkim powodem do zamartwiania.”

John Green był fenomenem. Jego Gwiazd naszych wina podbiła serca milionów czytelników i już wtedy mówiono, że autor nie da rady napisać czegoś lepszego, czegoś równie oszałamiającego i poruszającego. I choć Papierowe miasta, Szukając Alaski i 19 razy Katherine były bardzo dobrymi i ciekawymi książkami, to nie dorównały historii Hazel Grace i Gusa. Od Greena oczekiwano czegoś więcej. I tak minęło pięć lat. Na świat przyszły Żółwie aż do końca i potwierdziły dwie rzeczy. Pierwsza, że Green jest dalej w formie do tworzenia intrygujących powieści z przekazem. A druga potwierdziła, że raczej nie uda mu się dorównać, a co dopiero pokonać mistrzowskich Gwiazd naszych wina.

Obserwatorzy