wtorek, 15 lipca 2014

,,Papierowe miasta" John Green

Nastoletni Quentin Jacobsen spędza czas na adorowaniu z oddali żądnej przygód, zachwycającej Margo Roth Spiegelman. Więc kiedy pewnej nocy niegrzeczna Margo uchyla okno i, zakamuflowana jak ninja, wkracza na powrót w jego życie, wzywając go do udziału w tajemniczej i misternie zaplanowanej przez siebie kampanii odwetowej, Quentin oczywiście podąża za dziewczyną. Gdy ich całonocna wyprawa dobiega końca i nastaje nowy dzień, Quentin przychodzi do szkoły i dowiaduje się, że zagadkowa Margo w tajemniczych okolicznościach zniknęła. Chłopak wkrótce odkrywa, że Margo zostawiła pewne wskazówki i że zostawiła je dla niego. Podążając jej urywanym śladem, w miarę zbliżania się do celu Q odkrywa zupełnie inną Margo, niż ta, którą kochał i znał dotychczas.

Komentarz: ,,Przyjemność nie tkwi w działaniu – przyjemność jest w planowaniu.”

John Green zachwycił mnie swoim stylem pisarskim w bestsellerowej powieści Gwiazd naszych wina. Dlatego nic dziwnego, że postanowiłam spróbować innych jego dzieł, które również zostały okrzyknięte książkami ambitnymi i niesamowitymi.


Osobiście twierdzę, że Papierowe Miasta, owszem, motywowały mnie do myślenia, a historia tam opisana była cudownie oryginalna, ale… Mogłam tutaj odczuć czegoś brak. Czegoś co sprawiło, że Gwiazd naszych wina stało się arcydziełem.

,,Wieczność to kompozycja z chwil obecnych. To Emily Dickinson.”


Książkę czytało mi się przyjemnie, pomimo tego, że była opisywana z perspektywy chłopaka, lecz szczerze powiedziawszy w niczym to nie przeszkadzało. Jego spostrzeżenia, przemyślenia i refleksje były niecodzienne oraz często sprawiały, że na moich ustach pojawiał się uśmiech. Quentin jest osobą, która niby nie wyróżnia się z tłumu, lecz jest w nim coś tak specyficznego, że można odnieść wrażenie, że błyszczy na tle innych. Podobał mi się najbardziej jego tok rozumowania i poglądy na dane tematy, przez co w wielu sprawach odnajdywałam z nim wspólny język, przykładowo oboje mamy taki sam negatywny stosunek do balów i różnych imprezek.

Oczywiście największą gwiazdą Papierowych Miast, jest Margo Roth Spiegelman… Naprawdę nie wiem z jakiego powodu autor zawsze przywiązuje dużą uwagę, aby zwracać się do bohaterów pełnym imieniem i nazwiskiem( lub nazwiskami lub z drugim imieniem, jak było w przypadku Hazel Grace). Może to przez to, że chciał podkreślić wyjątkowość danej osoby? Możliwe, bo innej opcji nie widzę. Zatem nasza droga Margo Roth Spiegelman już od samego początku szokuje czytelnika swoimi niespodziewanymi reakcjami i dziwacznym zachowaniem(mam na myśli już tą sytuację, kiedy wkracza do pokoju Quentina jako ninja). Nie dość, że wplątuje naszego głównego bohatera w ,,wyprawę”, która może wpakować go w niezłe kłopoty, to po całym tym incydencie znika, pozostawiając po sobie jedynie wskazówki.


,,Margo zawsze kochała tajemnice. W obliczu wydarzeń, które nastąpiły potem, nigdy nie opuszczała mnie myśl, że być może kochała je tak bardzo, że sama stała się tajemnicą.”

Pomimo tego, że Margo osobiście pojawiała się sporadycznie, to bez dwóch zdań, książka jest skupiona przede wszystkim na jej osobowości. Dzięki zostawionym wskazówkom wraz z rozwojem akcji, dowiadujemy się z jakich czynników jest złożona dziewczyna i co popchało ją do tak spontanicznej decyzji, jaką było ucieknięcie z domu. Przy bliższym jej poznaniu, czytelnik wraz z głównym bohaterem narusza kwestie dotyczące życia, człowieka, śmierci… Co nadaje to fabule charakteru podniosłego i ambitnego. Kiedy z Quentinem próbowałam zrozumieć wszystkie te mechanizmy(zwróćcie uwagę, że autor potrafił tak poprowadzić książkę, że mogłam wcielić się w bohatera pomimo mojej przeciwnej płci) to czułam, że z każdym rozwiązaniem oraz przemyśleniem, jestem coraz bliższa oświecenia i odkrycia nie tylko prawdy, ale głębszego sensu.

 ,,Ale można na to spojrzeć na tysiąc sposobów: może pękają nam struny, a może toną nasze okręty, a może jesteśmy trawą – nasze korzenie są tak współzależne, że nikt nie jest martwy, jak długo ktoś inny pozostaje żywy. Chcę przez to powiedzieć, że cierpimy z powodu braku metafor. Jednak trzeb uważać, którą metaforę się wybiera, bo to ma znaczenie. Jeżeli wybiera się struny, wtedy wyobraża się sobie świat, w którym można stać się nieodwracalnie porozrywanym. Jeśli wybiera się trawę, uznaje się, że wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni nieskończoną ilością więzi, że możemy użyć tych systemów korzeni nie tylko po to, żeby się wzajemnie rozumieć, ale żeby stawać się sobą nawzajem.”

Zatem fabuła i kreacja bohaterów była jak dla mnie naprawdę świetne. Przyjaciele Quentina również wywarli na mnie ogromne wrażenie, dzięki nim mogłam uwierzyć, że prawdziwi przyjaciele zdolni do poświęceń naprawdę mogą zaistnieć. Ben, choć fajtłapowaty i czasem egoistyczny, jest najśmieszniejszą postacią, zaś Radar, pomimo problemu rodziców, był świetnym przykładem oparcia dla przyjaciół i wykazywał się dobrym pomysłami. Jeszcze napomknę ponownie o Margo, która jako osoba ekscentryczna intrygowała mnie od początku do końca.

,,Im dłużej wykonuję swoją pracę tym bardziej zdaję sobie sprawę, że ludziom brakuje dobrych zwierciadeł. Ludziom tak trudno jest pokazać nam nasze odbicie, a nam z kolei z trudem przychodzi okazać im, co czujemy.”

Napomknąwszy jeszcze o cechach charakterystycznych dla stylu Johna Greena to jest to przede wszystkim narracja pierwszoosobowa, gdzie zawsze główny bohater/bohaterka wykazuje się odmiennością i niecodziennym myśleniem oraz pisanina jest prowadzona w prosty, acz ambitny sposób. Do tego pojawia się zawsze chociażby jedna osoba ekscentryczna. Jeśli chodzi o zakończenia to są z jednej strony zagadkowe, dwuznaczne i otwarte( czyli czytelnik może sobie dopisać dalszy ciąg), zaś z drugiej mogą być spostrzegane przez niektórych za nieszczęśliwe. Pojawia się tutaj również coś co, pisarz musi uwielbiać, a są to nic innego jak: metafory. Zarówno w Papierowych Miastach, Gwiazd naszych wina oraz Szukając Alaski pojawia się rozmowa o metaforach i są używane w fabule. Jak dla mnie jest to wielkim plusem.

Co do samych Papierowych Miast to jest to książka naprawdę wspaniała i polecam ją każdemu, kto lubi filozoficzne rozważania oraz oryginalne historie.

,,- Nic nigdy nie zdarza się tak, jak to sobie wyobrażamy.
- Tak, to prawda. Z drugiej strony, jeśli sobie niczego nie wyobrażasz, nigdy nic się nie wydarza.”

Narracja:1-osobowa

3 komentarze:

  1. Green umie zrobić wrażenie na czytelniku

    OdpowiedzUsuń
  2. "Papierowe miasta" nie wciągnęły mnie tak bardzo, jak pozostałe książki Greena, jednak nadal jest to bardzo udana powieść. Po prostu zabrakło mi tu czegoś, co zachwycało w pozostałych, choć nie potrafię stwierdzić, co to takiego.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie czytałam jeszcze tej książki, więc będę musiała to zrobić.

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy