niedziela, 26 października 2014

,,Strąceni" Gwen Hayes

TOM I

W jej snach jest jak ze snów: uwodzicielski, czuły, piękny.
To dlaczego odtrąca ją na jawie?
Życie siedemnastoletniej Thei zawsze pełne było zakazów i nakazów. Ojciec nie pozwalał jej spotykać się z koleżankami ani umawiać z chłopcami. Nigdy nie miała takiej swobody, jak inne dziewczyny w jej małym miasteczku.
A potem zaczęły ją nawiedzać sny. Straszne i piękne. Gdzie błądziła w labiryncie cierni i przemierzała rzekę łez. I gdzie był On.
I nagle chłopak ze snów pojawia się w jej szkole.

Komentarz: ,,Wszystko zmieniło się tej nocy, kiedy zobaczyłam, jak płonący chłopak spada z nieba.”

Już na wstępie powiem, że czytałam Strąconych na siłę. Nie była to jakaś pasjonująca powieść, która rzuciłaby mnie na kolana lub wywołała jakieś niezapomniane emocje. Jestem pewna, że po jakimś czasie po prostu zapomnę o niej i wcale nie będzie mi z tego powodu przykro.

No, ale niby czego mogłam się spodziewać po tak naiwnej paranormalnej młodzieżówce?


Historia zaczynała się dość obiecująco, a skończyło się niestety - strasznie chaotycznie, głupiutko i dziecinnie. Gdybym czytała tą książkę w wieku trzynastu lub czternastu lat to może ( Może!) oceniłabym ją jako coś niesamowitego i oryginalnego, ale ta prostota i dziecinność za bardzo mnie przygniotły i zniechęciły.

,,Czasami odpowiedzi są pytaniami. Czasami dół jest górą.”

Theia, niczym zamknięty w klatce ptaszek, widzi w swoich snach przystojnego chłopaka, którego potem spotyka na jawie, ale zaraz… Czy tego przypadkiem już nie było? Czy w Pięknych istotach bohaterowie również o sobie nie śnili? Czy Bella nie była również dobrze ułożoną i niewinną dziewczyną spotykającą na swojej drodze tajemniczego chłopaka? Jak można wywnioskować, książkoholicy, w Strąconych mamy schematy i schematy. Jedyne co mi się spodobało, a wyglądało na dość oryginalny element było przenikanie się świata rzeczywistego z metafizycznym (ale czy coś podobnego nie było w Nevermore?).

Kiedy główna bohaterka przekraczała granicę świata Hadena to dało się wyczuć panującą grozę, dlatego gratuluję autorce za tak umiejętne przyprawienie mnie o ciarki na skórze. Dodatkowo bardzo zgrabnie wychodziło jej zmylenie czytelnika w sprawie czy dane zdarzenie dzieje się na jawie czy w snach Thei. Więc nie wszystko jest stracone.

Co do bohaterów to dość często przypominało mi to motyw ze Zmierzchu, gdzie miłość między Bellą a Edwardem była zawsze stawiana na pierwszym miejscu, a inne postacie były jedynie tłem, żeby podkreślić ich wspaniałość. Tutaj jest tak samo: najważniejsza jest Theia oraz Haden, a o innych nie warto nawet wspominać. Nie poznajemy historii pobocznych postaci, dlatego powieść nabiera płytkości, co za czym idzie nie potrafi ścisnąć nas za serce i rozwinąć więzi.

,,-Co sądzisz o Hadenie? 
- Szczerze? Nie moja liga. Nie potrafię go rozgryźć. Czasem wydaje się, że jest tobą totalnie zauroczony, a innym razem zachowuje się jak… Antychryst. 
- Niezłe podsumowanie. 
- A co ty do niego czujesz? To najważniejsze. 
- Góra jest dołem, dół górą. 
- To znaczy? 
- …że chyba jestem częściowo zakochana w chłopaku, którego tak naprawdę nie lubię.”

Chciałam jeszcze wspomnieć  o natłoku i chaosie ( ale nie będę nasuwać żadnych kwestii filozoficznych XD), które wprowadzały wiele mętliku szczególnie na końcu książki. Po prostu odniosłam takie wrażenie jakby autorka z braku laku nawrzucała w ostatnie strony tyle szybkiej i bezsensownej akcji, aby mieć bardziej pasjonujące zakończenie i tak przytłoczyć czytelnika, że w ogóle nie pomyśli że coś tu nie gra . Niestety to przytłoczyło mnie aż za bardzo i jeszcze bardziej zniszczyło moją opinię na temat Strąconych. To tak jakby Gwen Hayes straciła panowanie nad historią i pozwoliła jej samej wstawiać różne skrajności. Na koniec jeszcze uczepię się tej błyskawicznej akcji na końcu i powiem, że wyglądało to jak parodia. Nawet nie zdążyłam wyczuć tego zaskoczenia które miało mi towarzyszyć przy ostatnich stronach, bo w jednej chwili się skończyło i było po sprawie.


Zakończenie niby obiecujące, ale tak jak mówię: naciągane. I chyba więcej na ten temat nie muszę wspominać.

Dlatego też z góry przepraszam, jeśli moja opinia wydała się ździebko chaotyczna, ale naprawdę zbierałam się od dłuższego czasu na napisanie o Strąconych i za każdym podejściem miałam problem.

Teraz z czystym sumieniem mogę wyrazić całe moje ubolewanie nad tą książką w słowach: Nie czytajcie. Nie polecam.

Narracja: 1-osobowa

6 komentarzy:

  1. o kurcze, a ja mam książkę na półce :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpuszczę sobie bez większego żalu - nigdy do mnie ta seria nie przemawiała. Ale trzeba przyznć, że okładka jest całkiem niezła. Bo zagraniczna.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie przeczytam, na pewno. Z resztą, nawet gdyby recenzja byłaby pozytywna, to też bym nie przeczytał. Po prost nie mój gatunek :/

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie miałam jej w planach, ale mam nadzieję, że zapamiętam okładkę, żeby się wystrzegać

    OdpowiedzUsuń
  5. Cytat zachęcający, ale nic innego nie zachęca. Mam dużo książek i mało czasu więc spasuję. ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Yyy... to ja raczej podziękuję za lekturę tej powieści, a Tobie za to, że mnie przed tym ustrzegłaś :D

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy