sobota, 14 marca 2015

,,Dziesięć płytkich oddechów" K.A. Tucker

TOM I


Jak sobie poradzisz kiedy na Twoich oczach świat rozsypuje się na kawałki? Co zrobisz kiedy wszystko idzie źle? Kiedy ból rozsadza Twoją duszę? Po prostu oddychasz. Dziesięć płytkich oddechów…

Kilka lat temu życie dwudziestojednoletniej Kacey Cleary rozpadło się na kawałki. Wraz z młodszą siostrą Livie, z biletami autobusowymi w kieszeni, wyruszają do Miami.
Goniąc za marzeniami i uciekając przed koszmarem, dziewczyny trafiają do apartamentowca niedaleko plaży. Rozpoczynają nowe życie.
I wszystko przebiegałoby zgodnie z planem, gdyby Kacey nie spotkała Trenta Emersona z mieszkania 1D.

Zamknięta w sobie Kacey nie chce niczego czuć. Tak jest bezpieczniej. Dla wszystkich. Jednak w końcu ulega, otwiera serce i zaczyna wierzyć, że może pozostawić za sobą koszmarną przeszłość, by zacząć od nowa. Niestety okazuje się, że nie tylko Kacey kryje tajemnicę. Pozornie perfekcyjny mężczyzna ukrywa prawdę o wydarzeniach, których nie da się wybaczyć. Odkryta przeszłość Trenta sprawi, że Kacey powróci w przerażający mrok i samotność.

Piękna powieść o bliznach, o których nie można zapomnieć, o winie, której nie da się odkupić i o światełku w tunelu, które sprawia, że nawet najbardziej poraniony człowiek szuka w sobie siły, która pozwoli mu wykonać dziesięć płytkich oddechów…

Komentarz: „Dziesięć płytkich oddechów... Przyjmij je. Poczuj je. Pokochaj je.

Był czas wampirów i istot paranormalnych, później zaczął się okres antyutopii i powieści postapokaliptycznych i teraz swoje pięć minut sławy mają książki New Adult, których tematyka skupia się na walce z demonami przeszłości i odnalezieniu nowego sensu życia z równie problematyczną miłością.

Swoją przygodę z New Adult zapoczątkowałam nieświadomie z Morzem Spokoju Katji Millay, i jak na razie zaprzestałam na Dziesięciu płytkich oddechach. Zaprzestałam nie z tego powodu, że ten gatunek nie przypadł mi do gustu (szczerze go lubię), tylko z przyczyn naturalnych dla książkoholika: pełno książek na półce do przeczytania, które nie koniecznie są z tego gatunku…

,,On jest jak nałóg – wiem, że to coś złego, ale, cholera, sprawia, że czuję się szczęśliwa.”


Przechodząc teraz do najważniejszej części, czyli do samej powieści, to muszę przyznać, że pomimo tylu pozytywnych opinii, których się naczytałam na jej temat, nie zachwyciła mnie TAK BARDZO jak innych. Nie lubię porównywać książek, ale tutaj pierwsze co mi się nasuwa na myśl to przede wszystkim: ,, Dziesięć płytkich oddechów nie była tak dobra jak Morze Spokoju.” W obu przypadkach główne bohaterki przeżyły prawdziwe piekło w przeszłości i jakoś nie zanosiło się do tego, aby chciały zmienić swoje nastawienia do świata. Obie poznały na swoich drogach mężczyzn z równie problematycznymi przeszłościami, którzy pomogli w rehabilitacji ich psychiki. Na pozór podobne schematy, ale znacząco różniące się poziomem napisania.

„Nie chcesz mnie, Ben. Składam się z siedmiu warstw popieprzenia okraszonych odrobiną gównianego szaleństwa.”

Dziesięć płytkich oddechów czytało się przyjemnie z perspektywy Kacey. Dziewczyna była agresywna, pewna siebie i bez problemu mogłaby skopać komuś tyłek. Do facetów podchodziła z dystansem i co najważniejsze, nie była idiotką. Dzięki jej przemyśleniom można było bardzo dogłębnie zrozumieć jej problemy i To, co wydarzyło się w przeszłości. Dlatego podsumowując, kreacja głównej bohaterki była bardzo dobra – szkoda tylko, że dość szybko można było odkryć na czym polegała jej trauma.

,,Z każdym dniem ta nienawiść nie będzie cię już ograniczać. Będziesz wolna. Będziesz w stanie przebaczyć.”

Patrząc teraz na wątek miłosny między Kacey a Trentem to to było z początku dość intrygujące. Oboje czuli do siebie miętę, a zarazem próbowali zachować dystans. Powoli się poznawali, ale nie zdradzali przed sobą tych najbardziej drażliwych tajemnic. Tylko, że to co wysuwało mi się na pierwszy plan w ich relacji to było przede wszystkim: pożądanie, a dopiero później jakiś zalążek głębszego uczucia. W Morzu Spokoju było na odwrót… No i powiedzmy sobie szczerze: tajemnica, którą skrywał Trent była prawie od samego początku oczywista. Dlatego nie było żadnych zaskoczeń, nie wliczając czasem przejawiających się spontanicznych zdarzeń.

,,Cholera! Ten facet jest słownikową definicją sprzeczności. Przeskakuje między fajnym facetem a podłym draniem tak płynnie, że nigdy nie udaje mi się złapać momentu przejścia. (…) Myślę, że wcale nie jestem lepsza, jeśli chodzi o sprzeczność.”

Inni bohaterowie też byli ciekawie wykreowani, tylko że losy niektórych z nich pod koniec książki były moim zdaniem zbyt bajkowo ułożone. Centralnie miałam wrażenie jakby przyleciała wróżka z Kopciuszka, machnęła magiczną różdżką i sprawiła, że wszystkie problemy zostały rozwiązane. Co do humoru, to ciętych ripost tutaj nie brakuje, a tym bardziej zabawnych sytuacji.

Najlepszym elementem książki, który rzucił mi się w oczy to przede wszystkim nowe spojrzenie na psychologa/psychiatrę, który tym razem potrafił poprzez drastyczne metody pomóc, a nie tylko przepisywać jakie psychotropy, który ni z dupy by pomogły.

,,- Czy to lustro weneckie? 
- Tak, Kacey. Usiądź. 
- Dobrze, doktorze dyktatorze. 
- Dziękuję, upierdliwa pacjentko.”

Tak więc Dziesięć płytkich oddechów jako książka, była dobra. Tylko dobra, bo nie wzbudziła we mnie zbytnio emocji, które poruszyłyby moim sercem( tak jak było w przypadku Morza Spokoju…). Styl autorki bardzo mi się podobał i historia zapewniła mi całkiem niezłą zabawę. Na pewno chwycę za kolejne części.

Polecam szczególnie osobom, które uwielbiają gatunek New Adult. Myślę, że dla tych którzy jeszcze nie poznali tego gatunku to też będzie dobry start (chociaż bardziej proponowałabym Morze Spokoju…). Historia jest na tyle ciekawa, że powinna Wam przypaść do gustów, a jeśli nadal Was to nie przekonuje to powiem, że bohaterka z ostrym pazurem na pewno się spodoba.

„- Zawsze to strasznie długo [...] 
- Zawsze nie trwa wystarczająco długo, jeśli chodzi o ciebie.”

12 komentarzy:

  1. Cała recenzja to: "Dziesięć płytkich oddechów" jest spoko, ale "Morze spokoju" lepsze :P W sumie przeczytałam jakieś tam książki z New Adult i racja, "Morze spokoju" na razie jest najlepsze. Bo w końcu, co przebije Josha pieprzonego Bennetta? Może kiedyś skuszę się na tą książkę, ale na razie mam ich tyle do przeczytania, że nie wiem kiedy się to stanie. Chyba po naszej nieszczęsnej maturze...

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem tą książką zainteresowana, ale czytałam już różne recenzje i przed kupnem muszę się jeszcze dobrze zastanowić. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam chęć na tę pozycję! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Od dawna chce przeczytać tą ksiażke, głównie przez niezwykłą okładke :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Książka bardzo mnie kusi, ale bardzo boję się, że mnie również nie zachwyci TAK BARDZO, jak się tego spodziewam po recenzjach :) Nie podoba mi się to, że szybko poznajemy tajemnice bohaterów, lubię zaskoczenie, ale podoba to, że znajdę w niej trochę dobrego humoru i ciętych ripost... No nie wiem, co o niej myśleć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę tylko powiedzieć: przeczytaj. Na pewno odnajdziesz jakieś zalety, a jeśli masz wątpliwości to nie kupuj tylko wypożycz ^^

      Usuń
  6. Mam w planach, jak wszystkie książki Tunker, ale nie wiem czy zacząć od pierwszej, która prawdę mówiąc najmniej mnie interesuje, czy na przykład od ''Cztery sekundy do stracenia'', która z kolei bardzo mnie zaciekawiła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Radziłabym zacząć od Dziesięciu... Ponieważ tutaj masz przedstawione wszystkie postacie, które pojawiają się w późniejszych częściach m.in. Cztery sekundy... :3

      Usuń
  7. Mnie historia bardzo przypadła do gustu , niestety tom drugi nieco gorszy . Uwielbiam rady terapeuty głównej bohaterki , są świetne ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Dużo słyszałam o tej książce, jednak jakoś mnie nie interesowała. Sprawiłaś, że inaczej na nią spojrzałam. Teraz z pewnością będę chciała sięgnąć :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Jakaś wróżka rzeczywiście musiała maczać palce w zakończeniu, jednak całkiem miło wspominam tę książkę. Mimo to do kolejnych części mnie nie ciągnie. ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Czasem zdaję mi się, że wszystkie książki z tego gatunku są podobne. W "Morze spokoju" nie mogłam znieść ogromnego ciężaru nałożonego na barki głównych bohaterów, zaś "Hopeless" również rzucało na nich wiele, ale jakoś to przetrawiłam i czytało się przyjemnie, wszystko zależy więc od książki. Ta pozycja mnie zaintrygowała przez pozytywne opinie, widzę jednak, że ne mogę podchodzić, że jest cudowna, bo mogłabym się sparzyć. Na pewno jednak spróbuję.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy