czwartek, 17 grudnia 2015

,,Dziedzictwo ognia" Sarah J. Maas

TOM III SZKLANY TRON

Celaena Sardothien przeżyła już wiele – brutalne szkolenia, niewolę, turniej o pozycję Królewskiej Obrończyni… Tym razem jednak przyjdzie się jej zmierzyć z własnymi demonami, z ciężarem jej dziedzictwa. Aby uzyskać informacje – kluczowe w wojnie z okrutnym królem Adarlanu – musi nauczyć się panować nad ogniem, który nosi w sobie. Podczas gdy codziennie ćwiczy pod czujnym okiem nieśmiertelnego Rowana, król wciela w życie kolejne z jego mrocznych planów. Jednak i na dworze władcy zawiązują się sojusze, mające na celu zakończenie jego panowania i przywrócenie magii na kontynencie.

Celaena, nieświadoma tego, co się dzieje w Rifthold, ma jeden cel – dostać się do legendarnego Doranelle, którym rządzi Maeve, i uzyskać odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Jak jej władca zdołał usunąć magię? Co zrobić, by ją przywrócić? Jednak opanowanie jej mocy to niejedyna rzecz, z którą będzie musiała się przedtem zmierzyć – król Adarlanu już o to zadbał. Czy dziewczynie uda się wyjść cało z koszmaru, jaki zgotował jej władca pozbawionego magii kontynentu? Co jeszcze planuje król? I jaki los czeka rebeliantów?

Komentarz: „Była dziedziczką popiołu i ognia, i nie będzie się nikomu kłaniać.”

Potrzebowałam czasu, żeby w końcu zabrać się za tak długo wyczekiwany trzeci tom Szklanego Tronu. Potrzebowałam ogromnej ilości czasu, żeby znaleźć odpowiednią wolną chwilę na skupienie się jedynie na tej książce i historii oraz żeby nic nie wybijało mnie z rytmu czytelniczego. Chwila nadeszła nie tak dawno i jak przysiadłam nad Dziedzictwem Ognia tak z każdą kolejną stroną byłam coraz bardziej pochłaniana, aż został po mnie jedynie popiół i zgliszcza. Taka właśnie jest ta seria – zastawiająca sidła na czytelnika. Dlatego też tak długo wzbraniałam się przed rozpoczęciem trzeciej części, bo wiedziałam, że jak skończę to będę chciała kolejny tom, ale dostanę go dopiero za rok. Za nieszczęsny rok… Sarah J. Maas nie powinna tak genialnie pisać – toż to zbrodnia literacka!


To co jest pewne i dostrzeżone przez osoby, które już przeczytały Dziedzictwo Ognia to widoczna inność trzeciej części, która objawia się w większej ilości stron, ale również w mniejszej ilości głównej akcji. Oczywiście nie jest tak, że w ogóle nie ma jakiejś dynamiki, akcji czy kluczowych wydarzeń – są, ale ich wpływ i konsekwencje będą widoczne dopiero w kolejnym tomie. Zaś tutaj mamy dopiero przygotowania do wielkiej wojny, mamy odnajdywanie własnej tożsamości przez Celaenę oraz działania i decyzje innych bohaterów, którzy też muszą dokonać wyborów po jakiej stronie stanąć lub jakie czyny wprowadzić w życie. Ogółem mówiąc: w Dziedzictwie Ognia dużo się dzieje w psychice bohaterów i ich małych, acz znaczących działaniach. A z drugiej strony mało jest wydarzeń, które pchałyby akcję głównego problemu do przodu. Nie zmienia to jednak faktu, że czyta się bez wytchnienia, z różną gamą emocji, z niecierpliwością jak to wszystko się skończy i z wielkim uznaniem dla autorki. Styl pisania Maas nie zmienił się, nadal pisze lekko, zrozumiale mimo że to fantastyka, doda od czasu do czasu jakieś sarkastyczne uwagi i to wszystko doprawia oryginalnością. Jedyny mój problem przy czytaniu to była niepamięć do szczegółów, które wydarzyły się w poprzednich tomach, a które miały tutaj jakieś znaczenie – jak dla mnie autorka mogła jakoś naturalnie wpleść jasne wyjaśnienia na temat niektórych elementów, bo wtedy nie musiałabym dopytywać się co chwilę przyjaciółki, żeby przypomniała mi co się działo tam a tam, z tym a tamtym i dlaczego tak się stało.

„By zniszczyć potwora, wcale nie potrzeba innego potwora. Potrzeba światła, które przegna mrok.”
Jeśli chodzi o fabułę to wydarzenia są ukazywane z różnych punktów widzenia i z jednej strony było to fantastyczne, bo mogłam mieć wgląd w więcej spraw i intryg, ale z drugiej strony było za mało Celaeny. No, dobra i tak więcej rozdziałów było z jej punktu, ale dla mnie wciąż za mało (takie nieznaczące dla opinii zażalenie). To co rzuca się przede wszystkim w oczy przy czytaniu o naszej zabójczyni w Wendlyn to jej stan zniszczenia psychicznego. Przeżyła wiele nieszczęść, wiele śmierci swoich przyjaciół, została zdradzona, narażała wielokrotnie na śmierć i teraz wymaga się od niej nie wiadomo jakich cudów. Nic dziwnego, że wygląda jak wrak człowieka, i to da się odczuć przy lekturze. Było mi jej strasznie szkoda, współczułam jej, ale też kibicowałam, żeby wzięła się w garść, bo w końcu jest twardą kobietą, która za nic ma sobie zabijanie. W powieści został bardzo dobrze przedstawiony jej stan emocjonalny i to jak przechodzi wewnętrzną przemianę – obawiałam się, że wyjdzie to nienaturalnie, ale na szczęście autorka podołała i pokazała to dosyć realistycznie i w odpowiednich chwilach. Tak samo ćwiczenia Celaeny, które do prostych nie należały i zdobyła umiejętności dopiero ciężką pracą, a nie po pstryknięciu palcami jak to bywa w niektórych książkach. To o czym należy także wspomnieć, to po pierwsze Rowan, którego kocham – nie wiem czy nawet nie bardziej niż Chaola. Uwielbiam jego wredny charakter, jego utarczki słowne i fizyczne z Celaeną oraz całą jego postać – zaprawdę powiadam Wam, Maas dobrze zrobiła kreując Rowana. Po drugie główne zagrożenie w trzecim tomie, które zapewniło mi wiele sprzecznych emocji i głośne bicie serca – świetnie poprowadzona akcja i pokazanie walki Celaeny - moja wyobraźnia buchała płomieniami.

Co do innych postaci i ich problemów to Chaol miał te swoje momenty niezdecydowania względem zajmowanego stanowiska albo zabójczyni i Doriana i trzeba przyznać, że trochę sprawił mi tym zawód. Szczególnie, kiedy nie potrafił komunikować się ze swoim przyjacielem. Książę również nie był bez winy i trochę mierził mnie ten jego nowy romans – jak dla mnie był trochę wymuszony na miarę: „skoro Dorian dostał kosza od Celaeny to dajmy mu jakąś laskę, która go pocieszy”. Nie kupiłam tego pomysłu. Za to kolejną świetną niespodzianką okazali się kolejni nowi bohaterzy – Aedion, którego tak jak Rowana pokochałam, oraz wiedźma z klanu Żelaznozębnych, Manon, która jest tak samo badassowa jak Celaena i która zostaje wplątana w intrygę króla Adarlanu.

Podsumowując, Dziedzictwo Ognia podtrzymuje poziom swoich poprzedniczek. Jest to lektura zaskakująca, wyciskająca z czytelnika emocje i rozkochująca go w bohaterach, jest również wyniszczająca, bo jeśli ktoś się przywiąże do danej postaci i tej coś się stanie to cios jest niemiłosiernie bolesny. Książkę wspaniale i błyskawicznie się czyta, poza tym nareszcie jakieś tajemnice zostają ujawnione, nowi bohaterowie są odbierani na plus. Zakończenie ponownie zabija, ale łudzę się obietnicą, że za kilka miesięcy zostanie wydana Królowa Cieni. Już za kilka miesięcy…

Polecam całą serię, bo według mnie jest jedną z takich serii, które trzeba przeczytać i przekonać się na własnej skórze, skąd się bierze ten cały fenomen. Polecam wszystkim książkoholikom, ponieważ Szklany Tron jest jednym z arcydzieł XXI wieku.

„Zrozpaczona, nieprzewidywalna zabójczyni to jedno, a zrozpaczona, nieprzewidywalna królowa to coś zupełnie innego.”

3 komentarze:

  1. Jest to jedna z moich ulubionych serii, chociaż przeczytałam ją całkiem niedawno, bo w wakacje. ;)
    Pozdrawiam,
    Geek of books&serials&films

    OdpowiedzUsuń
  2. Słyszałam o tej serii, ale jeszcze nie miałam okazji jej poznać. Przyznaję - opis obiecujący, a okładka cudna!

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy