niedziela, 20 grudnia 2015

,,W mrok" Andriej Diakow

TRYLOGIA DIAKOWA TOM II

Na oczach załogi Babla, pływającej platformy wiertniczej, mieszkańcy Moszcznego giną w ogniu eksplozji nuklearnej. Kto i dlaczego podniósł rękę na pokojową społeczność wyspy, niwecząc nadzieje na lepszą przyszłość dla garstki ocalałych z Katastrofy? Podejrzenie pada na mieszkańców petersburskiego metra, którzy otrzymują ultimatum: w ciągu tygodnia muszą ustalić winnych. Inaczej wszyscy podzielą los unicestwionej wyspy… Śledztwo spoczywa na barkach stalkera Tarana. Sytuację komplikuje niespodziewane zniknięcie Gleba, jego przybranego syna. Mnożą się pytania, a droga do prawdy jest trudna. Odpowiedzi są bowiem ukryte w mroku – na samym dnie ludzkiej duszy.

Komentarz: ,,Skażony świat, dzikie bestie, głód – to tylko opakowanie, tło, zewnętrzna strona mroku. W sumie nauczyliśmy się już z tym walczyć. Prawdziwy mrok jest wewnątrz, w naszych głowach. I od niego wyzwolić się będzie znacznie trudniej.”

Zapewne większość już słyszała, widziała, możliwe również, że niektórzy już przeczytali i pozachwycali się, a jeśli nie zachwycali to chociaż poczuli się uradowani, że w końcu doczekali się dostania TEGO. A czym właściwie jest wspomniane TO? Ostatnią częścią trylogii Glukhovskiego – METRO 2035 – zwieńczenie wszystkiego. Tak, moi drodzy, moje serce skacze z podekscytowania za każdym razem jak zerknę na całą trylogię na mojej półeczce, ale jakkolwiek na to by nie spojrzeć, jako fanka jeszcze nie miałam okazji przeczytać 2035. Mój maraton z Metrem zacznie się dopiero w święta i dopiero wtedy przeczytam dwie pierwsze części od początku i ostatnią zostawioną na deser. Taki jest plan. A przed planem zdarzyło się jeszcze pochwycenie dalszych części Diakowa, które rozgrywają się w Petersburgu i są prawie równie dobre, co pierwowzór.


Pierwszy tom – Do Światła – miał swoje absurdy, takie jak nieskończona ilość amunicji, zagrania typowo filmowe, dziwnie ponazywane mutanty oraz prawdziwy cud na końcu. To wszystko było okropne, dlatego podchodziłam do kontynuacji z niepokojem, myśląc, że jeśli autor znowu będzie chciał to rozegrać w taki naciągany sposób, to ja chyba spasuję. Nie spasowałam, bo jak się okazało, W mrok był znacznie lepszy, a te wymienione powyżej wady w żadnym stopniu nie pojawiły się – no, oprócz dziwnych nazw mutantów do których już zdążyłam przywyknąć.

,,Los jest kapryśny, nieprzewidywalny. Bywa uległy i potulny, pozwala toczyć się wypadkom, a swoim podopiecznym uwierzyć we własne siły, lecz częściej igra z nimi, testuje ich wytrzymałość, nieustannie poddając jednej próbie za drugą. Bezlitośnie wrzuca w wir wydarzeń, tasuje talię ludzkich dusz wedle własnego uznania, zderza głowami jednych, rozbija sojusze drugich… Czasem temu łotrowi zachciewa się, by drogi tych, którzy się szukają, nie przecięły się. Czy nie dlatego, że każdy z nich ma przygotowaną rolę w ważniejszym spektaklu?”


Historia zaczyna się dosyć dynamicznie i niespodziewanie od zrzucenia bomby na bezpieczną przystań – wyspę załogi Babla, gdzie ludzie mogli żyć bez obawy na skażenie, czy bez strachu, że jakieś mutanty ich zaatakują. Teraz wszystko zniknęło. Zostało zmiecione z powierzchni ziemi jak domek z zapałek. Ci którzy byli na platformie wiertniczej – przeżyli, ale pchani rozpaczą i nienawiścią postanawiają się zemścić. Jedynymi podejrzanymi są mieszkańcy peteresburskiego metra, dlatego wszyscy zgodnie postanawiają, że sprawą zajmie się najlepszy stalker – Taran. Tylko, że pojawia się jedna mała komplikacja, między innymi porwanie jego przyrodniego syna, Gleba. Kto za tym stoi? Co planuje? A przede wszystkim: co będzie ważniejsze dla stalkera – ratowanie chłopaka, czy ratowanie całego metra? Powiedzmy, że na tym polega główna fabuła – na szukaniu Gleba i winnych wysadzenia wyspy, ale z drugiej strony sprawa wydaje się jednak bardziej pokomplikowana, bo zostaje tutaj naruszona spora garść wątków pobocznych oraz punkt kulminacyjny, który był wielką niespodzianką. Po poznaniu całej historii nasuwa się tu jedno stwierdzenie: autor panował nad wydarzeniami, wszystko precyzyjnie oraz logicznie połączył i przedstawił to w wersji bardzo dopracowanej. Nie możemy sami odkryć do końca, kto stał za wybuchem, kto jest Czarnym Sanitariuszem albo co się kryje za dwuznacznymi wypowiedziami bohaterów, dopóki Diakow nam na to nie pozwoli. Ta kontrola nad powieścią oraz czytelnikiem jest godna podziwu.

Tak samo te wszystkie zależności, bądź połączenia pomiędzy poszczególnymi postaciami. Bardzo mi się podobało, kiedy okazywało się, że na przykład pan A zna pana B sprzed zejścia ludzkości do metra, albo pani A jest spokrewniona z panią B – prawie jak w Gwiezdnych Wojnach! Kolejną zaletą jest dokładniejsze ukazanie nam jak funkcjonuje peteresburskie metro, bo w Do Światła były skąpe informacje, zaś w W mroku mamy całą masę drobnych faktów zarówno z przeszłości jak i z obecnych czasów. Dzięki temu, że Taran tak podróżuje pomiędzy stacjami mamy wgląd w podziały między ludźmi: plemiona, sekty, tradycje, funkcjonowanie i inne takie. To co również rzuciło mi się w oczy, to widoczne nawiązanie do innej książki z Uniwersum Metra – do Pitera Szymuna Wroczka, której niestety nie miałam okazji jeszcze przeczytać, ale jak się okazuje należało zabrać się za nią wcześniej, niż za trylogię Diakowa. Cóż, mój błąd.

,,Czasem czyny jednych przesądzają o losie innych, a impulsywne ruchy wykonywane pod wpływem emocji dają lepsze owoce niż przemyślane decyzje.”

Kolejnym zaskoczeniem, jakim obdarował nas autor są kwestie przeznaczenia – tak bardzo charakterystyczne u Glukhovskiego - oraz głębokie rozmyślania na temat natury człowieka i czającego się w jego duszy mroku. Świetnie wplecione do powieści, nie wydawały się w żadnym stopniu nachalne, bądź naciągane. Do tego trzeba napomknąć o postaciach – pojawiają się te stare, które przyjmujemy z sentymentem oraz nowe, które zyskują naszą sympatię lub potępienie. Powiem od razu, że nie przypadła mi do gustu ta mała smarkula, która była strasznie wkurzająca – najchętniej to pozwoliłabym jej zginąć.

Podsumowując W mrok jest bardzo dobrym czytadłem. Diakow zaskakuje czytelnika, wprawia go w zwątpienie, manipuluje nim oraz rzuca takie informacje, które nie pozostają dla nas obojętne. Akcja jest dynamiczna, historia zawiła i tajemnicza, bohaterowie realni, wykazujący się bystrością i różnymi umiejętnościami. Jedyne co mi lekko zgrzytało to scena w której Taran jest prawie że nieśmiertelny i wybija całą stację – SAM! Jeden jedyny! – oraz kolejny mały cud pod koniec powieści. No, nic trzeba w końcu przyznać, że Taran ma chyba taryfę ulgową u Opatrzności. Ogólnie książka jest rewelacyjna i myślę, że autor wycisnął z siebie wszystko co najlepsze. Polecam i przestrzegam, że prawdopodobnie najlepiej zacząć przygodę z Uniwersum od Pitera. I co mogę jeszcze dodać? Ano to, że na pewno nie zawiedziecie się na W mroku.

,,Los jest jak rączy rumak. Nigdy nie wiesz, kiedy okaże się narowisty i zacznie wierzgać. Jedni wolą się z nim nie spierać i puścić mu wodze, inni przeciwnie – starają się go okiełznać. Osiodłać go udaje się nielicznym. Zostać panem losu – jednostkom.”

4 komentarze:

  1. Marzy mi się poznanie serii Metro, ale u mnie w bibliotece nie ma, a zakup wszystkich(gdybym kupowała to już pewnie chciałabym wszystkie serie) nie mam funduszy. Może ładnie poproszę i panie jednak kupią chociaż tą niezwykłą oryginalną serię, bo nawet w tej recenzji ją wychwalasz. :)

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co najważniejsze: kup pierwotną trylogię Glukhovskiego, bo to ona jest najlepsza :3 A Uniwersum można później sobie dokupywać, kiedy pieniążki zagoszczą w portfelu

      Usuń
  2. Ja dopiero przymierzam się do serii Metro, mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości w końcu przeczytam te książki. :)
    Pozdrawiam,
    Geek of books&serials&films

    OdpowiedzUsuń
  3. ha jak już przeczytałam o eksplozji to wiedziałam że to muszę czytnąć:D

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy