piątek, 12 lutego 2016

,,Za horyzont" Andriej Diakow

TRYLOGIA DIAKOWA TOM III

Imperium wegan próbuje opanować całe petersburskie metro. Jednocześnie Taran wpada na ślad projektu badawczego, który daje nadzieję na oczyszczenie powierzchni ziemi ze śmiercionośnej radiacji. Trop prowadzi do niemal mitycznego miejsca, jakim jest dalekowschodni Władywostok. Uczestnicy walk z weganami chcieliby mieć po swojej stronie doświadczonego stalkera, ale on widzi sprawy inaczej. Gotów spalić za sobą mosty i wraz z Glebem i wypróbowaną grupą przyjaciół nawet siłą wydostać się z metra, by pokonując strach szukać nadziei dla świata gdzieś tam, za horyzontem.

Komentarz: ,,Tak już jest stworzony człowiek. W jego naturze nie leży oglądanie się wstecz, gdy przed sobą ma kuszącą długą drogę.”

Pierwsza część, Do światła, miała w sobie wiele zalet, ale też rażące wady takie jak filmowa akcja, nieciekawe mutanty, bezsensowna śmierć fajnych bohaterów, nieskończona ilość amunicji oraz prawdziwe cuda, które dotknęły Tarana i Gleba. Kontynuacja, W mrok, okazała się czymś znacznie lepszym i bardziej dorównującym pierwowzorowi – Metru 2033. Mieliśmy kwestie przeznaczenia, większe skupienie na metrze petersburskim i sprawach w nim związanych, mroczny duszący klimat oraz pasjonującą, wiarygodną akcję. To był sukces, bo właśnie tak powinno wyglądać Metro. Zatem jak się sprawa ma ze zwieńczeniem trylogii Diakowa? Bez dwóch zdań, bliżej jej do pierwszego tomu.


Tym razem Taran i Gleb zebrali drużynę dosyć nietuzinkową, bo składającą się z samych indywidualności. Jedni bardziej sympatyczni, inni trochę mniej, ale każdy budzący sentyment i jakieś emocje podczas całej podróży. A celem ich jest Władywostok – ziemia obiecana, podobno zdatna do życia na powierzchni i ponownego triumfu człowieka. Jednakże nikt nie ma pewności, czy legenda może okazać się prawdziwa, czy jednak na zawsze zostanie pochowana w bajkach. Drużyna Tarana przekona się o tym już niebawem…

Tak ogólnie zarysowuje się fabuła i jej cel. Z jednej strony mogę chylić czoło autorowi za nawiązanie do legendy pojawiającej się w Metrze 2034, a z drugiej muszę go trochę skarcić i ocenić – pozytywnie? negatywnie? to już wyjdzie różnie. Samo przedstawienie podróży oraz rzucanie bohaterom kłód pod koła Maleństwa odebrałam dobrze. Ta długa wyprawa nie była ukazana w jakiś nużący sposób, tylko wypełniona odpowiednią dawką niebezpieczeństw i akcji. Pojawiały się mutanty - sprawiały bezmiar problemów         ; pojawiali się ludzie – równie kłopotliwi, i ja bawiłam się bardzo dobrze. Jedyne co musiałam zrobić to przymrużyć oko na tak oczywiste filmowe zagrania typu: wyścigi na skuterach śnieżnych, kaskaderskie skoki oraz uniki przeszkód, zaskakujące wyciąganie rekwizytów, których wcześniej nie było widać, motyw zemsty zaciekłego wroga, cudowne zdarzenia (dosłownie: cudowne) i znowu ta nieszczęsna, nieskończona ilość amunicji. Diakow powtórzył błędy z pierwszej części i nie wyszło mu to na dobre. Nawet moje czytanie z przymrużeniem w niczym tu nie pomoże! Tutaj, Migałycz wie wszystko o wszystkim, pomimo że informacje podobno były zatajone. Tam nieskończona ilość cudów, przy czym w poprzednich częściach pojawiły się raz na każdy tom, a tutaj sypały się w magiczny sposób z rękawa. Ludzie, którzy powinni zginąć – przeżywają. Taran jest niezniszczalny. A niektórzy giną bezsensu. Do tego dochodzą te nieszczęsne ostatnie strony: Uwierzyłam w Czarnych z Metra 2033, ale za żadne skarby świata nie uwierzę, że Diakow wymyślił TO. TE COSIE. Nie mógł stworzyć czegoś innego? Czegoś bardziej realnego na miarę Metra? I to zakończenie – kompletna klapa, tak naciągane, głupie i nierealne, że już wolałabym coś bardziej pesymistycznego.

,,Wcześniej czy później wszyscy musimy stanąć przed wyborem. Poświęcić jedno, aby zyskać coś innego. W takich chwilach najważniejsze jest nie żałować tego, co tracimy. Bo jakkolwiek wielki będzie ból straty, jest to uzasadniona cena, jaką trzeba zapłacić za dokonany wybór…”

To co wydawało mi się ciekawe, lecz niestety również z czasem popsute to: bohaterowie. Polubiłam ich, jednych bardziej, innych mniej. Ich relacje, zachowania, zalety i wady – to wszystko zostało wykreowane dobrze: Indianin i ten jego strach przed śmiercią, Bezbożnik i jego problemy z alkoholem, Dym z kompleksami, Migałycz z jego absurdalną wiedzą o wszystkim, Aurora, której rola na nieszczęście zmalała i stała się jedynie nic nieznaczącą osobą, oraz w końcu Taran i Gleb, których od początku uwielbiałam. Aż miło na sercu się robiło, kiedy o nich czytałam. Więc co się zepsuło? Oprócz filmowego, wymuszonego konfliktu między Taranem a Glebem, można jeszcze dodać bezsensowne prowadzenie losów wszystkich. Mam żal do autora, że postąpił z tymi fantastycznymi postaciami w taki prosty sposób i nie spróbował im jakoś pomóc.


Zatem jak można zauważyć, przeważają w Za horyzoncie przede wszystkim błędy. Nie wiem jak to się stało, że po tak wspaniałej drugiej części, Diakow wrócił do stylu absurdalnie filmowego. Czy to przez to, że wymusił pisanie ostatniego tomu? Czy może nie miał innego lepszego pomysłu? Jedno jest pewne: zawalił. Ale nie na tyle źle, żeby książka mi się nie spodobała. Bo podobała. Prawdopodobnie przez sentyment do Tarana, Gleba i zakończenia ich wielkiej przygody. Jeśli miałabym coś powiedzieć o całej trylogii to oceniam ją dość wysoko. Jest rewelacyjnym nawiązaniem do Metra Glukhovskiego, potrafi czasem podtrzymać mroczny klimat, skupić się na jakiś głębszych przemyśleniach, ma wspaniałych bohaterów, wartką akcję oraz co jest niezmiennie ważne: fabuła i styl pisania wciągają. Za najlepszy tom uważam oczywiście W mrok i nie żałuję, że poświęciłam czas petersburskiemu metru z perspektywy Diakowa. Polecam fanom Metra i Uniwersum.

1 komentarz:

  1. Nie słyszałam o tej serii, ale też nie jestem fanką gatunku. Może kiedyś się przekonam, że warto :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy