sobota, 19 marca 2016

,,Summoner. Zaklinacz. Początek" Taran Matharu

TOM I SUMMONER. ZAKLINACZ

Imperium grozi niebezpieczeństwo. Żądne krwi hordy orków wypowiadają wojnę jego mieszkańcom. Dostrzegając zagrożenie, Elfy z północy zawiązują niełatwy sojusz z mieszkańcami Imperium. Nawet będące w sporze z ludźmi krasnoludy przyłączają się do walki. Trzy rasy łączą siły w wojnie z bezlitosnymi orkami. Przeciwnicy przywołują okrutne demony i przechylają szalę zwycięstwa na swoją stronę. Ostatnią nadzieją na wygraną jest Akademia Volcanów, gdzie szlachetnie urodzeni uczą się sztuki przywoływania demonów.

Właśnie tam początkujący zaklinacze, księżniczka Elfów, przepełniony goryczą krasnolud i Fletcher, zwykły śmiertelnik z tajemniczą przeszłością nawiązują przyjaźń, która może odmienić losy Imperium. Niebawem staną oko w oko z niewyobrażalnym złem…

Komentarz: Czasem jest tak, że do książki trzeba podejść z ogromnym dystansem, by powoli… stopniowo… ze względną przyjemnością odkrywać jej ukryte piękno albo ewentualnie: brzydotę. Ja najczęściej załączam w swoim mózgu dystans, kiedy napotykam na rozmaite opinie o danej powieści albo w momentach sięgania po gatunek w którym nie czuję się pewnie (najczęściej są to kryminały oraz fantastyka). W przypadku Zaklinacza sprawa o tyle się pokomplikowała, że oprócz różnych opinii oraz gatunku fantastyka, otrzymałam jeszcze niepochlebne słowa od przyjaciółki, której niniejszy tytuł nie przypadł do gustu. Dlatego uzbrojona w potrójnie wzmocnione zdystansowanie zaczęłam czytać i… niestety nie mogę się doczekać drugiego tomu.


Sprawa z Summonerem jest troszkę pokomplikowana w moim przypadku, bo nie jest tak, że go ubóstwiam, piszę sonety o jego wspaniałości czy cały czas o nim rozmyślam. Ta książka nie zrobiła na mnie, aż tak piorunującego wrażenia jak przykładowo Szklany Tron. Była po prostu dobrym czytadłem, które z początku wiało nudą, później się rozkręciło, mając co jakiś czas chwile znudzenia dla czytelnika, zaś na końcu poleciało po całości, tak że ja potrzebuję drugiej części, by dowiedzieć się co się stanie z Fletcherem i jakim sposobem wyjdzie z TEJ sytuacji. Fabularnie nie wydało mi się to niczym nowym. Elfy, krasnoludy, orki, wybrani ludzie/nieludzie przywołujący demony, akademia w której szkolą takich ludzi/nieludzi, wojna z orkami, problemy z tolerancją krasnoludów i elfów… To wszystko nie jest niczym nowym, tak jak klimat na miarę filmowego Władcy Pierścieni (tylko bardziej młodzieżowy i mniej poważny) oraz bohaterowie i ich sytuacje, które można wypatrzeć w innych książkach czy filmach. Schematy, schematy, schematy… Ale dobre schematy, skoro czytelnikom się podobają i skoro sama z przyjemnością dobrnęłam do zakończenia. Świetnym zabiegiem na przyciągniecie uwagi czytelnika jest wprowadzenie tutaj dynamicznej akcji, która nie pozwala na zatrzymanie się i odłożenie książki oraz wykorzystanie tych ciekawych-schematycznych elementów w trochę świeższym, odmiennym stylu. Dodatkowo pchają nas do przodu te różne niewiadome, które wraz z Fletcherem chcemy odkryć, niespodziewane zwroty akcji lub wyskakujące niespodzianki (szczególnie w ostatnim rozdziale) oraz progres jaki czyni główny bohater. Przyjemnie obserwowało mi się jak Fletcher ucierał nosa bogatym smarkaczom albo jak stawał się coraz silniejszy i zdolniejszy – pomimo niewielu stron przychodziło to w dość naturalny sposób.

Na uwagę zasługują też sprawy związane z wykreowanym światem autora. Etapami poznajemy coraz więcej szczegółów dotyczących polityki, historii, spraw wojennych, spraw magicznych, postrzegania grup społecznych, zamożnych rodzin itd. itp. Pisarz wiedział jak i kiedy ujawniać fakty, przy czym przychodzi to tak naturalnie i swobodnie, że nie czułam się niczym przytłoczona, ani tym bardziej zagubiona. Jako takie problemy można podzielić na główny związany z wygraniem zawodów w akademii, ważniejsze takie jak spiski i mniej ważne, czyli przyjacielskie kłopociki. To także zasługuje na pochwałę, bo fabuła jest tak napchana różnorodnościami i idzie w rozmaitych kierunkach, dzięki czemu mamy cały czas ruch, brak nudy i ciągłe odkrywanie czegoś nowego. Bohaterowie są realni, z rozmaitymi charakterami, przeszłością i skrywanymi tajemnicami. Każdy może odegrać ważną rolę w tym całym spektaklu, nawet najbardziej niepozorni. Oczywiście polubiłam Fletchera, bo gdyby było inaczej to na pewno nie czytałabym całej książki; krasnolud był spoko, chociaż wielokrotnie przypominał mi Otto z książek Aleksandry Rudej; elfka zyskała moją sympatię bardzoooo późno, a to dlatego, że była strasznie zadufana w sobie i przypominała mi tą idiotkę-elfkę-księżniczkę z Kronik Shannary. Byli jeszcze tacy do których nic nie miałam i wydawali się w porządku (jak profesorka), ale pojawiły się także dupy wołowe w postaci arystokratów i inkwizytora, których do cna nienawidzę. Ach, zapomniałam jeszcze wspomnieć, że kocham dodatek jakim są te słodkie demony, szczególnie salamandra!


Podsumowując pierwszą część Zaklinacza to ma sporo zalet, a najważniejszą z nich jest dynamiczna i dopracowana fabuła. Autor dobrze włada piórem (bądź klawiaturą), a jego styl jest lekki i przyjemny w czytaniu. Miał łeb na karku w porządkowaniu swojego stworzonego świata i w przedstawianiu go na kartkach powieści. Jednakże tak jak mówiłam są schematy, odświeżone, ale są, a do tego dochodzi fakt, że książka jest jedynie dobrym czytadłem, dobrą przygodówką w klimatach fantastycznych z dobrym, intrygującym zakończeniem zachęcającym do chwycenia po kontynuację. Owszem, POLECAM, bo czytając bawiłam się znakomicie, ale radzę również początkowo się zdystansować, żeby samemu odkryć piękno albo brzydotę Summonera.

4 komentarze:

  1. Od jakiegoś czasu czaję się na tą książkę, ale mam bardzo długą listę do kupienia. Ciekawi mnie to uniwersum i bohaterowie, o których tak pozytywnie piszesz.

    Druga Strona Książek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możesz poczekać na Summonera jak wyjdzie w całości - wszystkie części, ilekolwiek by ich było - albo jak wyjdzie kontynuacja, bo pierwszy tom kończy się w takim momencie, że Boże zlituj się :3 Ogólnie polecam, bo uniwersum dobrze się poznaje ;)

      Usuń
  2. W dalszym ciągu - to już było. Parę lat wcześniej Paolini z "Eragonem" też robił furorę, że niby młody geniusz. Wtedy się czepiano, że Paolini zerżnął wszystko od Tolkiena :P A między "Eragonem" a "Summonerem" jest mnóstwo podobieństw, które jak nic zgrzytają (przynajmniej dla mnie).

    OdpowiedzUsuń
  3. Myślę, że też mogłabym się całkiem nieźle bawić przy tej historii. Schematy od czasu do czasu nie są takie złe, zwłaszcza jeśli zostały dobrze wykorzystane, a sama książka ma być po prostu przyjemnym czytadłem. :)

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy