piątek, 22 kwietnia 2016

''Utrata'' Rachel van Dyken

TOM I ZATRACENI

Kiersten nie jest zwykłą dziewczyną. Ścigają ją koszmarne echa wydarzeń sprzed dwóch lat. Od tamtej pory woli unikać zobowiązań, a smutek jest jedynym znanym jej – i dlatego bezpiecznym – uczuciem. Gdy poznaje Westona, wydaje się, że dzięki niemu wyjdzie z ciemności na słońce.
Ale nie wie, że czas nie jest jej sprzymierzeńcem. Choć Wes sądzi, że potrafi ją ocalić, to dając jej wszystko, jednocześnie wszystko zniszczył. Próbował ją ostrzec, ale jak można przygotować się na coś takiego?
Czasami musisz się śmiać, by nie wybuchnąć płaczem. A czasami, gdy myślisz, że to już koniec – to jest dopiero początek…

Komentarz: ,,Żegnaj – ktokolwiek wymyślił to słowo, powinien smażyć się w piekle.”

Naczytałam się wiele o Utracie i serii Zatraceni – szczególnie tkwi mi w głowie zachwyt blogerki z Secret Books – ale musiało troszkę minąć czasu, żebym sama się przekonała co i jak. Jako osoba akceptująca Young Adult oraz New Adult trafiłam już na książki słabsze, takie które należy jedynie podpalić za ich banał oraz głupotę, i książki lepsze, które wywarły na mnie mocne wrażenia, ale nic poza tym – żadnych łez, ckliwych wspomnień czy wyrywania włosów z rozpaczy nad losem bohaterów. Ja nie płaczę na New Adult, nawet jeśli historia coś tam we mnie poruszy. Z e r o łez. Lecz nie ważne jest teraz moje lekko-skamieniałe-serce-na-ból-i-cierpienie-bohaterów-literackich, tylko skupmy się na Utracie. Tej średniej jakości książce.


Cała historia jest przedstawiana z dwóch perspektyw – naszej biednej, pięknej, wieśniaczki, która w przeszłości doświadczyła tragedii (powiedzmy) oraz naszego biednego, cierpiącego, przystojnego futbolisty z teraźniejszymi problemami. Powiem tak: ich problemy mnie nie ruszyły. Kiersten obwiniała się bezsensownie przez co bezsensownie cierpiała i robiła z siebie ofiarę – dobra, rozumiem, mogła tę żałobę trzymać w swoim sercu przez długi czas, ale wyrzuty sumienia z czegoś na co nie miała wpływu? Nie kupiłam tego, tym bardziej, że była na tyle głupia, żeby nie wpaść na to, że to nie jej wina. Problem Westona był smutny i gdyby autorka pokierowała jego losem bardziej realnie to wtedy m o g ł a b y m uronić łezkę. Mogłabym, ale nie. Rachel van Dyken wolała polecieć po całości z wiarą, aniołkami, cudami i happy endami. No kurde, czy ja czytałam paranormala? Bo myślałam, że New Adult z realnymi historyjkami. Więc podsumowując: to co przede wszystkim miało poruszać czytelnika i było najważniejszymi punktami w fabule, okazało się beznadziejnie dopracowane.

,,- Gdybym tylko to zrobił, powinienem był to zrobić, mogłem to zrobić… Życie pełne jest tych trzech. 
- Trzech? 
- Gdybym, powinienem i mogłem.”

Wątek romantyczny jakoś przełknęłam. Bawiło mnie ich pierwsze spotkanie, później obrzucanie się żarcikami i sarkazmami, chwile podniosłe, walka ze swoimi problemikami oraz innymi nieporozumieniami. I ogólnie mogę rzec, że jako para zapewnili mi wiele śmiechów i chichów – humor jest tutaj zaletą. Jednakże jeśli mam być szczera, to nie zdziwiłabym się W OGÓLE! gdyby okazało się, że Kiersten tak naprawdę zakochała się w Wesie ze względu na a) wygląd i bycie sportsmenem oraz b) jego bogactwo. Ponieważ to te pierwsze rzeczy o nim wiedziała (i była już zakochana), zanim zaczęła poznawać jego charakter. Poza tym nie odczułam żadnego iskrzenia między nimi. Po prostu: był sobie chłopak i dziewczyna, zakochali się i żyli długo i szczęśliwie. Cała ta miłość była bez pasji.

Co do postaci pobocznych mających jako takie wpływy to Gabe i ta-przyjaciółka-Kiersten byli sympatyczni, pomocni, znacznie bardziej ich polubiłam niż główną bohaterkę oraz wzbudzali we mnie ciągłą wesołość. To co mi się spodobało i co autorce wyszło, to wątek z ojcem Wesa – bogacz, który nie zaniedbywał syna, nie potępiał, dbał o niego, okazywał miłość i co najważniejsze: akceptował jego dziewczynę, a jak powszechnie wiadomo, schematyczni bogaci ojcowie zawsze próbują odwieść synów od biedniejszych wybranek. Tutaj zachowywał się w porządku – chociaż sama nie wierzyłam w uczciwość Kiersten. Co do postaci, której nie zaakceptowałam to: wujek dziewczyny, który miał gdzieś co się z nią dzieje i tylko zachęcał ją do robienia jakichkolwiek głupot. No, przepraszam bardzo, ale może by tak trochę pomartwić się nad biedną Kiersten? Kto wie, czy coś nie strzeli jej do głowy i przykładowo… nie wiem: będzie chciała wykorzystać jakiegoś bogatego gościa? Ponadto, wujaszek ją jeszcze bardziej zachęcał do związku z bogatym Wesem (a nie znał jego charakteru i schematycznie powinien myśleć, że bogacz chce wykorzystać jego podopieczną), co wydaje się jeszcze bardziej podejrzane (tak, moje snucie teorii spiskowych; level: MAX).

Uważam Utratę za powieść średnią, dającą się przeczytać, ale pozostawiającą po sobie nijakie emocje. Problemy nie poruszają, bohaterka i jej cele wydają się podejrzane, Weston jest biedny (ale jednak bogaty), miłość jest jak sflaczały balon, tandeta na końcu związana z boiskiem do futbolu jeszcze bardziej wpłynęła na moją niską ocenę, a całe to zaślepienie wiarą i wciśnięcie jej na chama z cudami pogorszyło sprawę. Może inni dostrzegą w tej książce coś wybitniejszego, ale na mnie nie liczcie – nie polecam, strata czasu, już lepiej zabrać się za Morze Spokoju albo Hopeless.
,,Ludzie wierzą, że mają wpływ na to, co się im przytrafia, gdy tak naprawdę… życie biegnie własnym torem i czasami jest za późno. A czasami za wcześnie. Bywa że dokonujemy złych wyborów, ale bywa i tak, że nasze wybory okazują się dobre. Mówimy tak, gdy coś idzie nie po naszej myśli. Nie kwestionujemy naszych decyzji, jeśli wszystko układa się, jak trzeba. Zaczynamy je kwestionować, gdy wszystko się wali.”

2 komentarze:

  1. Nawet okładka mnie nie zachęca do "Utraty". Za young adult nie przepadam, a więc na pewno nie sięgnę po średnią powieść z tego gatunku. Ale Oikawa na końcu posta wygrywa. B|

    OdpowiedzUsuń
  2. Bo ta książka nie jest wybitna, takie sobie do poczytania :P Toxic lepsze, ale całej trylogii daleko do rangi "dobrej książki".

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy