niedziela, 12 czerwca 2016

''Morfina'' Szczepan Twardoch

Konstanty Willemann, warszawiak, lecz syn niemieckiego arystokraty i spolszczonej Ślązaczki, niewiele robi sobie z patriotycznych haseł i tradycji uświęconej krwią bohaterskich żołnierzy. Jest cynikiem, łajdakiem i bon-vivantem. Niewiernym mężem i złym ojcem.

Konstanty niechętnie bierze udział w kampanii wrześniowej, a po jej klęsce również wbrew sobie zostaje członkiem tajnej organizacji. Nie chce być Polakiem, nie chce być Niemcem. Pragnie jedynie zdobyć kolejną buteleczkę morfiny i żyć swoim dawnym życiem bywalca i kobieciarza.

Przed historią jednak uciec się nie da.

Komentarz: „Jestem Konstanty Willemann i to nieważne, co lubię, a czego nie lubię. Ważne, że jestem.”

Przy Iwanie Turgieniewie i jego Ojcach i dzieciach wspominałam co nieco o bohaterach rozbitych wewnętrznie oraz szukających swojej tożsamości. A to przez urodzenie się między dwoma skrajnymi poglądowo epokami lub przez wychowanie, przemyślenia, próby stania się kimś innym niż się czuje – wszystko to sprowadzało się do pytań typu: Kim tak naprawdę jestem? W Morfinie ponawiamy poszukiwanie odpowiedzi, tylko że tym razem bohater znajduje się w jeszcze gorszym rozbiciu, ponieważ jako pół Polak, pół Niemiec zmaga się ze swoimi korzeniami w czasach, kiedy rozpoczęła się II wojna światowa i nie wie po której stronie powinien stanąć…


Oczywiście, to nie jest to o czym myślicie. Nie jest to typowa, skomplikowana książka historyczna z jakimś głębokim, narodowym przekazem, tylko zwyczajna historia o zagubionym w życiu człowieku. Owszem są różne wzmianki bitewne, wtrącenia o walkach z Niemcami, polityczne zmagania, działania dywersyjne i TA wielka, tajna misja Konstantego w którą zostaje wplątany nie z własnych chęci. To wszystko jest splotem akcji, dynamicznym biegiem wydarzeń, które kręcą się wokół bohatera, dlatego można odetchnąć z ulgą, bo nie mamy przedstawionych suchych faktów. Nie jest też tak, że mamy jakąś chwalebną historyjkę o obronie Polski albo o potępianiu strony niemieckiej, litowaniu się nad Żydami i robieniu z Polaków męczenników. Nie. Morfina jest powieścią egoistyczną, bo liczy się tylko Kostek, jego przeżycia, jego rozbicie i jego myśli. A jego stosunek do tamtych czasów może wydać się dosyć skandaliczny i kontrowersyjny. Dlaczego? Ponieważ nie zależy mu na niczym, prócz działań dla własnego dobra. Z tej przyczyny Kostek może udawać Niemca, kiedy jest mu to potrzebne… może myśleć i płakać nad Polską, żeby rozgrzeszyć własne sumienie… może patrzeć na Żydów albo z politowaniem albo ze zniewagą… Wszystko zależy od sytuacji w której nasz biedny bohater się znajdzie.

„Na tym polegało bycie ułanem: pić, ale się nie upić. Chlać, ale nie rzygać. Dupczyć, ale się nie żenić. Bić się, ale nie przegrywać. Umierać, ale wygrywać.”

Sama się sobie dziwię, ale… było i jest mi nadal bardzo szkoda tego biednego, tragicznego człowieka. To współczucie, które rosło we mnie, gdy dowiadywałam się coraz więcej na jego temat i poznawałam jego chaotyczne myśli, zrobiło się tak krytyczne, że nie mogłam znienawidzić go pod żadnym względem – nawet jak czynił zło, nawet jak zachowywał się jak idiota – nie potrafiłam się na niego złościć, bo cały czas przepełniał mnie do niego żal. Konstanty smutne miał życie od samego początku. Problemy z własnym pochodzeniem, które powodowało często wrogość u innych; kłopoty z matką, która nie potrafiła kochać, wychowała go prawie że na swoje podobieństwo i miała wpływ na jego zwichrowaną psychikę, do tego dochodzi brak ojca w domu, będący dla niego niegdyś wzorem; współczesne zmagania z kobietami – prostytutką Salome, swoją czysto patriotyczną żoną oraz pierwszą kochanką Idą; widzenie siebie we własnym synu i próba zmienienia losu; i to nieszczęsne rozdarcie pomiędzy tym co powinno się zrobić a tym co chce się zrobić. Każdy z tych elementów buduje Kostka, a równocześnie niszczy go od środka i to jest strasznie smutne, kiedy on bije się z własnymi myślami, bo nawet nie wie kim tak naprawdę jest.

„Czy ja się kiedyś zakochałem? To ważne i nieważne jednocześnie. Ważne. Bo to jest właśnie substancja życia. Z tego się składa, z porywów serca i z drgań lędźwi. A nieważne, bo życie jest nieważnym, w ogóle.”

Moim ulubionym zabiegiem przeprowadzonym w Morfinie jest przede wszystkim narracja. Co jest w niej takiego wyjątkowego? Otóż, mamy z pierwszej osoby spostrzeżenia i ciąg myśli Konstantego, które są bardzo dynamiczne oraz świadome. A fenomenem jest narracyjność drugo osobowa, gdzie do samego zakończenia nie jest pewne kto albo co ją prowadzi. Nie spotkałam nigdy tak rewelacyjnej i lekkiej narracji 2-osobowej, a dodatkowo wielkim zaskoczeniem było odkrycie kto/co kierowało słowa wprost do Kostka. Innym elementem, który został fantastycznie pokazany to spostrzeganie kobiet, erotyczność oraz wiążąca się z tym głębsza symbolika. Każda bohaterka wyróżnia się charakterem, zachowaniem i przede wszystkim wywołują w czytelniku negatywne emocje – może przez to jak je opisuje Kostek? Niechęć wzbudzały we mnie wszystkie pięć pań: matka, Ida, Helena (żona), Salome oraz Dzidzia. Uch, jaka Dzidzia była wkurzająca! I nawet ze świadomością, że ona w jakiś sposób mogła pomóc Konstantemu, nie wywołuje we mnie przyjaznych odczuć. Co do zakończenia to było z jednej strony zaskakujące, ale z drugiej można się było tego spodziewać. Nie widziałam innej możliwości.

No dobra, ale o co chodzi z tytułową morfiną, oprócz tego, że Kostek jest od niej uzależniony? Czytając recenzje innych, widziałam, że jedni sugerowali, że książka sama w sobie jest jak morfina i tak samo uzależnia. Ale czy się z tym zgodzę? Owszem, jest urok w tej całej pisaninie i historii, ale prawdą jest także to, że są momenty w których czytelnik się męczy (szczególnie ostatnie 200 stron to udręka), lecz czy to nie świadczy o tym, że jednak działa jak narkotyk? W końcu mamy fazę szczęścia i fazę nienawiści do książki. Wciąga i męczy. Jak uzależnienie. Poza tym wysnułam dość rzetelną uwagę, że to wszystko, co przeżywa Kostek jest spowodowane odstawieniem morfiny – w wielu momentach facet świruje i nie ma pewności czy widzi i doświadcza wszystkiego naprawdę, a jak wiemy odstawienie narkotyku ma takie skutki. Dlatego nie mogę skłamać i napisać: Ta powieść to gówno. Nie. Ta powieść to geniusz w czystej postaci i polecam ją wszystkim dojrzałym książkoholikom.

„Obcy ludzie nie powinni się zabijać, zabijać się powinni tylko bliscy, tylko bliscy zabijać będą z czułością, okrucieństwo jest pewnego rodzaju czułością, okrucieństwo jest bardzo ludzkie, tylko zwierzęta zabijają się tak, żeby nie cierpiały(...).”

4 komentarze:

  1. Zupełnie nie w moim typie. Hm, czyżby w takim razie Kostek był seksistą, skoro każda bohaterka wydaje się irytująca? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm... Czy był seksistą...? Nie, on bardzo szanował znane sobie kobiety, szczególnie swoją matkę. Jeśli miałabym to głębiej interpretować, to on chyba podświadomie bał się kobiet. Ich potęgi. Tego co mogą zrobić z mężczyzną.
      Ogólnie książka bardzo wyjątkowa i a nuż widelec ci się spodoba :3

      Usuń
  2. Słyszałam już co nieco o tej książce i chętnie bym ją przeczytała, chociaż wydaje się być dość przytłaczająca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Póki nie spróbujesz, nie zobaczysz ;)
      Dobrze się ją czyta i tak, trochę przytłacza, ale w ogólnym rozrachunku cieszę się, że przeczytałam :3

      Usuń

Obserwatorzy