sobota, 16 lipca 2016

''Opactwo Northanger'' Jane Austen

Młoda i przemiła, choć trochę naiwna panna Katarzyna Morland jest zafascynowana powieściami gotyckimi. Gdy poznaje nowych przyjaciół i zostaje przez nich zaproszona do starego opactwa Northanger, ma nadzieję, że uda jej się odkryć jakąś niewyjaśnioną od lat tajemnicę i przeżyć przygodę. Znajduje jednak coś zupełnie innego. Coś, o czym skrycie marzyła…

Komentarz: „Każdy, czy to dżentelmen, czy dama, kto nie znajduje przyjemności w dobrej powieści, musi być nie do wytrzymania głupi.”

Od Jane Austen znałam jedynie książkową wersję Dumy i uprzedzenia, którą kocham i mogę poznawać wciąż i wciąż i wciąż… zaś z filmowych przykładów dorzucę do tego Rozważną i Romantyczną, która również zyskała na mojej sympatii. Z taaak bogatym doświadczeniem, stwierdziłam, że równie dobrze można by się zapoznać z innymi dziełami autorki, ale żeby nie porywać się na dziką wodę, chwyciłam za coś cienkiego i krótkiego – Opactwo Północnego Gniewu.


I choć ten tytuł wskazuje, że niniejsze opactwo powinno odgrywać główną rolę, to niestety pojawia się dopiero pod sam koniec książki, rozwiązując kluczowe i sercowe sprawy naszej bohaterki, Katarzyny. A co jest wcześniej? Otóż, otrzymujemy pełno zdarzeń dotyczących spacerów, tańców i poznawania coraz to nowych osób przez heroinę. Tak, rzeczywiście nie jest to takie ciekawe na jakie wygląda, ani nie emocjonuje jak przy Dumie. Ten cały zabieg, żeby wcisnąć Katarzynę na jak największą ilość balów, wycieczek i spacerków, całkowicie mnie znużył, tym bardziej, że obracała się w takim fałszywym towarzystwie. Nie zachęciły mnie także bogate i długie opisy pomieszczeń, których zwyczajnie w świecie nie cierpię, ale to da się wybaczyć, bo pamiętajmy, że jest to styl XIX wiecznej autorki, która zapewne lubiła szczegóły… Ogólnie w moim wydaniu Opactwa ze Świata Książki (tak zwane: kwieciste wydanie) muszę przyznać, że napotkałam wiele trudności we wczytywaniu się w treść – przede wszystkim z powodu nieskładnie ułożonych zdań, które trzeba było przeczytać dwa razy, by zrozumieć sens (bo jak się za szybko przeczytało, to miało się wrażenie, że tłumacz przekładał tekst bez zastanowienia). Wątpię, żeby to był mój błąd, ponieważ po pierwsze miałam już do czynienia z XIX wiecznymi przekładami literatury i czytało mi się bezproblemowo, a po drugie te nieskładności zdarzały się często na początku, zaś później sporadycznie (co świadczy o wkręcaniu się tłumacza w przekładanie świeżego tekstu). Tyle z moich uwag technicznych.

,,Przyjaźń jest niewątpliwie najskuteczniejszym lekiem na cierpienia zawiedzionej miłości.”

Idąc teraz bardziej w fabułę to samo przedstawienie wydarzeń nie podobało mi się, ponieważ było strasznie flegmatyczne i nieemocjonujące, jednakże ideę, główny problem oraz morał pojęłam bez zbędnych trudności. Katarzyna jako główna bohaterka sprawdzała się kiepsko. Niczym się nie wyróżniała (chyba że to było jej wyróżnieniem), miała słaby charakter, była naiwna i trochę przygłupawa. Aż w dwóch sytuacjach działała mi tak na nerwach, że chciałam ją udusić, między innymi: kiedy w tak oczywisty sposób dała się oszukać temu bucowi, a później nie potrafiła go opierniczyć i postawić na swoim; a w drugiej sytuacji, kiedy już znajdowała się w opactwie i przez wpływ gotyckiej literatury w bezczelny sposób doszukiwała się strasznych historii związanych z gospodarzem – co przyczyniło się do jej myszkowania po rezydencji i wysnuwania idiotycznych wniosków (zaiste: zachowanie godne damy). Jej przysposobienie do trudnych sytuacji można uznać za równie łopatologiczne, ponieważ kiedy widzisz, że przyjaciółka wodzi cię za nos, to nie powinnaś wspierać jej dalej w niecnych czynach, lecz dać kazanie i stać się wojowniczką, a nie potulnym barankiem. Jak możecie zauważyć, nie jestem fanką Katarzyny.

Co do samego wątku romantycznego to… naprawdę się pojawił? Było tu coś takiego? Owszem, Katarzyna rozmawiała z tym miłym panem, owszem pojechała z nim do opactwa, ale żadnych podtekstów się nie doszukałam. Tym bardziej żadnych zawirowań serca czy myśli bohaterki! Dlatego też nie kupiłam tej miłości – wydawała się zbyt nijaka (poza tym ten miły pan mógł wybrać sobie kogoś lepszego, mądrzejszego). Podsumowując: Opactwo Northanger okazało się niewypałem. Krótka historia zamiast cieszyć, sprawiła mi wiele negatywnych emocji i przemyśleń; Katarzyna jako heroina jest beznadziejnym przypadkiem i nie dorównuje Lizzy z Dumy i uprzedzenia. I z tego wszystkiego można wywnioskować tylko jedno: przeczytajcie lepiej Dumę.

„Jeśli chce się pozyskać czyjeś uczucia, należy być ignorantem.”

3 komentarze:

  1. Ta książka to parodia, dlatego Katarzyna jest jaka jest; głupia i irytująca. I ma faceta, na którego nie zasługuje. Ale cóż, trzeba przyznać, że pan Tilney jest jedną z lepszych męskich postaci. Poza tym, pod względem parodii książka jest dobra.

    OdpowiedzUsuń
  2. Heh, jakoś nie mogę się zabrać za ksiązki tej autorki :]

    OdpowiedzUsuń
  3. Heroina zawsze kojarzy mi się jako tępa bohaterka romansów anime, bo tylko w recenzjach mang i anime się z tym określeniem spotykam... :P A mam podobne doświadczenia z powieściami Austen. Duma i uprzedzenie to cudo, które czytałam już dwa razy(a to coś, bo pierwszy raz czytałam w zeszłym), będę często do tej powieści wracać. Tę mam na półce, w tym samym wydaniu, którego teraz lekko się obawiam :( Zobaczę jak ja ją odbiorę. ;)

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy