środa, 2 listopada 2016

''Korona'' Kiera Cass

TOM V SELEKCJA

Dwadzieścia lat minęło od wydarzeń z Jedynej. Córka Americi i Maxona - księżniczka Eadlyn nie sądzi, że uda jej się znaleźć prawdziwego partnera wśród konkursowych trzydziestu pięciu zalotników, nie mówiąc już o prawdziwej miłości . Ale czasami serce znajdzie sposób, aby nas zaskoczyć. Eadlyn musi dokonać wyboru, który okaże się trudniejszy niż ktokolwiek się mógł spodziewać…

Komentarz: „Jesteś wszystkim dla wszystkich, dla mnie zaś znaczysz nieporównanie więcej.”

Ach, te sentymenty do serii, której przeczytało się prawie wszystkie tomy, oprócz ostatniego, i która mimo tego, że nie jest niczym ambitnym, ani wzbogacającym życie, podoba ci się na tyle, że czujesz przymus by ją skończyć. Ja czułam wewnętrzny przymus, żeby zakończyć swoją przygodę z Selekcją, dlatego kiedy z zaskoczeniem dowiedziałam się, że Korona jest finiszem – takim oficjalnym finiszem – odetchnęłam z ulgą i zabrałam się za czytanie.


W moim przypadku od przeczytania Następczyni minął ponad rok, dlatego czuję się usprawiedliwiona, że w ogóle nie kojarzyłam męskich postaci biorących udział w Selekcji i że nie pamiętałam, co dokładnie wydarzyło się w życiu naszej zimnej księżniczki Eadlyn. Miałam prawo nie wiedzieć – w końcu przez rok przewinęło mi się przez ręce tyle książek i mang, że wspomnienia o Eadlyn znacząco wyblakły i przez to, kiedy zaczynałam Koronę, miałam straszny mętlik w głowie. Ale to było kolejne wyzwanie dla autorki, bo jak wiadomo: dobry pisarz napisze kontynuację w taki sposób, że czytelnik automatycznie przypomni sobie, co się działo w poprzednich częściach - wówczas można stwierdzić, że autor pod pewnymi względami wykonał swoje dzieło bardzo dobrze. Jak sobie poradziła z tym wyzwaniem Kiera Cass? Po pierwsze, dzięki jej zabiegom przypomniałam sobie sprawy rodzinne – stan fizyczny Americi, stan emocjonalny Maxona, niespodziankę, jaką sprezentował bliźniak Eadlyn, oraz fakt, że główna bohaterka ma jeszcze dwóch młodszych braci (całkowicie wyleciało mi to z głowy). Zostało to najlepiej zarysowane i rozwinięte w kolejnych rozdziałach. Po drugie, zorientowałam się w satysfakcjonujący sposób w sytuacji politycznej – jakie kłopoty spadły na Eadlyn, jak próbuje się z nimi uporać… Tak jak w poprzednich tomach, tak tutaj nie jest to jakiś wybitnie rozwinięty wątek, ale sam jego zamysł trafia do czytelników i każe się zastanowić, jak my postąpilibyśmy na miejscu bohaterki. Według mnie Eadlyn podejmowała słuszne decyzje, myślała rozsądnie i przyszłościowo, a to, że jej czasem nie wychodziło lub obywatele buntowali się przez to, że nie radzili sobie ze zniesieniem klas, odbieram także pozytywnie. W tym sensie, że autorka pokazała względnie realną sytuację ze strony głowy państwa oraz obywateli, co zobrazowało, że obie strony nie miały łatwej drogi w dojściu do porozumienia. Zakończenie wątku politycznego wydaje się dobre, chociaż jak dla mnie można było to rozwiązać w inny sposób.

„Ale prawda jest taka, że miłość jest równie przypadkowa, jak i zaplanowana, równie piękna, jak i katastrofalna.”

Po trzecie, w czym najbardziej się gubiłam, to element związany z Selekcją i ogólnie szukaniem sobie ukochanego. Męscy bohaterowie – ich imiona, charaktery – zlewali się w jedno. Nie pamiętałam jak zachowywali się w poprzednim tomie, ani czy zrobili coś znaczącego. Byli dla mnie nieznajomymi i niektórzy z nich pozostali nimi do samego końca. Oczywiście, kojarzyłam przyjaciela z dzieciństwa, kojarzyłam również, że był obcokrajowiec ze swoim tłumaczem, ale reszta…? Nic. Kompletna pustka. Nawet podczas spotkań z Eadlyn nie wiedziałam, czym się różni ten bohater od tamtego, więc albo możemy to zgonić na moje zapominalstwo albo na autorkę, że nie stworzyła wyróżniających się postaci. Dobrym zabiegiem było wprowadzenie do tej wielkie gry, nowej postaci, która trochę namieszała, troszkę wzbudziła wątpliwości i ostatecznie przyczyniła się do zmuszenia Eadlyn do podjęcia decyzji. Co się tyczy samych romansowych spraw to tak jak przy Americe i Maxonie czuć było od samego początku iskry miłości, tak przy Eadlyn i jej relacjach z facetami pozostawało to zimnymi rozmowami. Rozumiem, że inna perspektywa (perspektywa władcy wybierającego z kilkunastu, a nie perspektywa dziewczyny wahającej się między dwoma chłopakami), rozumiem, że Eadlyn ma większy i trudniejszy wybór, przez co ma prawo odczuwać zwątpienie i niechęć do wyboru przyszłego małżonka. Jednakże suche relacje często pozostaną suche i ja tak odebrałam uczucia Eadlyn do Tego-Którego-Wybrała. Nie było to romantyczne – prędzej wymuszone. Nie było miłości – ale obowiązek i presja. Owszem, można powzdychać nad ich zalotami, czy drobnostkami którymi się wymieniają, ale dla mnie, aż do końca, pozostanie to wątkiem niesatysfakcjonującym moje romantyczne serce. Jak to moja przyjaciółka orzekła: Już lepiej, gdyby Eadlyn została sama. I w tej chwili jestem w stanie się zgodzić.

Miałam mgliste wspomnienie, że nie przepadałam w poprzednim tomie za charakterem bohaterki – niby ją rozumiałam, ale jednak nie polubiłam. Tutaj sprawa zmieniła się diametralnie, bo w końcu Eadlyn zaczęła mięknąć. Początkowo darzyłam ją sympatią, ponieważ przestała być księżniczką wykutą z lodu, a stała się emocjonalnie rozbitą królową, ale później to, że stała się taka uczuciowa, wręcz topiła się w uczuciach… Cóż, chyba wolałam tę twardą zołzę, którą zgrywała. To, co mi się ponownie najbardziej spodobało to pokazanie relacji pomiędzy Americą a Maxonem – świadomość, że są razem po tylu latach i nadal się kochają i obrzucają ironiami… Moje serce skakało z radości. Ogólnie rzecz biorąc Korona jako zakończenie serii spisała się nieźle. Rzeczy, które trzeba było dopowiedzieć – dopowiedziano. Problemy zaistniałe z poprzednich tomów – zostały rozwiązane. I do tego wszyscy skończyli szczęśliwie. Sama ta bajkowa otoczka nie jest irytująca, a Selekcję uznaję za dobrą, lekką serię, którą można przeczytać dla samej przyjemności. Zapewne nie wrócę do niej, ale będę miło wspominać.

„Szczęśliwe zakończenie może nastąpić po przebyciu wielu kilometrów. Albo w czasie tak krótkim jak siedem minut.”

11 komentarzy:

  1. Ostatnia część z tej serii, którą muszę poznać :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Szybko nie sięgnę po książkę. Jestem znudzona już tą serią, ale kiedyż zapewne ją dokończe. Rywalki to najlepszy tom jak dla mnie. Teraz czytam Syrenę tej autorki - ale niestety nie jestem zachwycona :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja właśnie się waham pomiędzy Rywalkami a Jedyną - obie były wystarczająco emocjonujące i obie najlepiej wspominam :3 Za Syrenę raczej się nie wezmę - nie te klimaty

      Usuń
  3. Och, och, jest o mnie mowa w recenzji <3
    Eadlyn lubiłam zawsze, o czym dobrze wiesz. Nawet bardziej od Americi, bo nie była rozlazłymi kluchami. Zdecydowanie wolałabym gdyby Eadlyn skończyła sama :( Ja wiem, że to by przeczyło tej całej cukierkowej idei serii, ale byłoby bardziej sensowne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To była mowa o tobie...?
      Ja tam wolę irytującą Americę niż zimną Eadlyn :P

      Usuń
  4. O ile Selekcja jest naprawdę przyjemną trylogią i uwielbiam czytać o słodkiej relacji Americi oraz Maxona, o tyle losy ich córki w ogóle mnie nie interesują i raczej nie sięgnę po te dwa tomy, zwłaszcza że wiele osób twierdzi, iż Eadlyn to strasznie irytująca bohaterka.

    Books by Geek Girl

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja wprawdzie o wiele bardziej polubiłam Ami i z większą ciekawością śledziłam jej losy w tej właściwej trylogii, ale jednak "Korona" zafundowała mi powrót choćby na chwilę do tych bajkowych klimatów. W wielu rzeczach się z Tobą zgadzam, Eadlyn irytowała mnie w "Następczyni", a już w "Koronie" załapałam do niej większą sympatią. Męskich postaci też w większości nie pamiętałam, ponieważ czytałam część czwartą przy okazji premiery rok temu. Tylko w jednej kwestii mam inne zdanie, bo koniec końców bardzo ucieszyłam się z wyboru dokonanego przez Eadlyn :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie potępiam jej wyboru, ale nadal myślę, że był wymuszony - uroczy, ale jednak wymuszony :(

      Usuń
  6. W całej serii podobają mi się tylko... okładki. Suknie zachwycają :P

    OdpowiedzUsuń
  7. XD Jezu, tylko nie to. Proszę. Tego się nie da brać na serio, nawet na pół serio.

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy