czwartek, 9 lutego 2017

''Ember in the Ashes. Imperium ognia" Sabaa Tahir

TOM I EMBER IN THE ASHES

Laia należy do kasty Scholarów – w bezwzględnym Imperium tacy jak ona są zepchnięci na margines, stale inwigilowani i prześladowani. Aby ocalić brata oskarżonego o zdradę, dziewczyna wstępuje w szeregi buntowników i wyrusza ze śmiertelnie niebezpieczną misją do gniazda zła: zostaje niewolnicą w Akademii szkolącej najwierniejszych, najbardziej bezwzględnych żołnierzy Imperium. Jednym z nich jest Elias. Choć należy do wyróżniających się studentów , w jego sercu narastają wątpliwości, czy rola okrutnego egzekutora jest rzeczywiście tą, jaką chce odgrywać przez całe dorosłe życie. Przypadkowe spotkanie dwojga młodych ludzi nie tylko całkowicie odmieni ich losy, lecz także wstrząśnie posadami świata, w którym oboje żyją.

Komentarz: „Życie składa się z wielu momentów, które nic nie znaczą. A potem któregoś dnia nadchodzi chwila, która wpływa na wszystkie dalsze wydarzenia.”

Ember in the Ashes. Imperium ognia. Książka, o której w 2015 roku było głośno i którą czytać chcieli wszyscy. Historia, która znalazła swoich wielbicieli, a zarazem wrogów, ale nie jest to niczym zaskakującym; zawsze pojawiają się dwie strony, gdy chodzi o jakiś hit na polskim rynku. I kiedy taki hit z mnóstwem pozytywnych recenzji się pojawia, wówczas ja uzbrajam się w dystans, który na niewiele się zdaje, gdy twój mózg nasiąknął już zewnętrznymi opiniami. Jednakże powiedzmy, że początkowo potraktowałam Imperium ognia z dystansem, by później móc samej ukształtować swoje odczucia. I co z nich wynikło? Że książka zasługuje na miano bestselleru.


Żeby należycie docenić kunszt pisarski Saby Tahir, trzeba najpierw przebrnąć przez nudnawy początek ze strony Lai, przyzwyczaić się do krótkich zdań (z których składa się większość powieści), a następnie przeczytać całą książkę, którą niestety czyta się długo. A w zasadzie: ja czytałam ją długo. Niby literki nie są zbyt małe, ale historia jest tak złożona i dokładnie opisywana, że przyczyniła się do dłuższego poznawania. Oczywiście, nie znaczy to, że się nudziłam. Jest dużo akcji, dialogów, niespodziewanych zwrotów fabularnych, tajemnic – normalnie pożywka dla wyobraźni. Przyznaję, że miałam moment, w którym chciałam porzucić Imperium ognia – tak bardzo miałam ochotę wziąć się za coś innego, ale nie, uparłam się, skończę i najwyżej napiszę hejt - i gdy dotarłam już do końca i przemyślałam pewne sprawy, stwierdziłam, że to było genialne, dobrze, że nie porzuciłam, dobrze że poznałam. Sabaa Tahir stworzyła coś pięknego. Konstrukcja i rozplanowanie wydarzeń, a także same opisy, tworzą cudowną książkę. Począwszy od kreacji świata: istnienie Imperium oraz Scholarów (ci pierwsi podbili państwo drugich i ci drudzy muszą służyć tym pierwszym), trenowanie najbardziej niebezpiecznej armii nazywanej Maskami, wzbogacenie fabuły historią danego świata – jak wyglądało państwo Scholarów przed Imperium, czy jak doszło do podboju i władzy danej dynastii królów – pokazanie legend i wierzeń, które okazują się prawdą – istnienie ghulów, ifrytów, dżinów – a także tradycji, świąt, politycznych zawirowań, rebelii, spisków… A zakończywszy na postaciach i nie mówię tutaj jedynie o głównych bohaterach, lecz także o tych, którzy wydają się nieznaczący, ale z dalszym rozwojem fabuły okazują się wpływać na losy świata. Autorka dopracowała wszelkie elementy do szczegółu i potrafiła przekazać je w zrozumiały oraz ciekawy sposób i za to ją przede wszystkim podziwiam. Za stworzenie świata od podstaw i sprawienie, że wszystko trzyma się całości – to nie jest proste zadanie, to jest cholernie trudne, ale jej się udało i zasługuje na szacunek. Jako czytelniczka uwierzyłam w tę historię.

„Strach będzie twoim wrogiem tylko wtedy, gdy na to pozwolisz. Zbyt silny strach może paraliżować. Zbyt mały strach rodzi arogancję.

Wydarzenia śledzimy z perspektywy dwóch osób. Lai, Scholarki, której rodzinę zabiły Maski, a ona sama z desperacji postanowiła przyłączyć się do rebeliantów, żeby pomogli jej uratować brata, którego zabrano do więzienia na tortury. Oraz Eliasa, jednego z najlepszych Masek, który służy Imperium, ale pragnie od niego uciec, niestety wręcz z przeciwnym skutkiem – zostaje wplątany w Próby, które mają wyłonić następnego króla Imperium. I… Tutaj muszę wyznać, że lepiej czytało mi się z perspektywy Eliasa. Myślał na trzeźwo, był sprytny, bystry, do tego wojownik, niby bezwzględny, ale mający dość zabijania i nie brakowało mu współczucia, do tego przez wplątanie się w Próby jego splot wydarzeń był znacznie bardziej interesujący i tajemniczy. Jako Maska, ale także dziecko niechciane, poznajemy jego życie, które nie było usłane różami, a jego przeszłość jak i współczesne problemy wywierały na mnie większe wrażenia i emocje; to, co było też fascynujące to jego relacja z najlepszą przyjaciółką, Heleną, i szczerze kibicowałam im jak najlepszego zakończenia. Co do Lai, to Boże zlituj się, bo od samego początku miałam ochotę chwycić ją za kudły i walnąć jej głową o ścianę. Jeśli kojarzycie bohaterki, które są bezsilne, głupie, naiwne, irytująco wkurzające przez użalanie się nad sobą, to na pewno znielubicie Laię. Była wrzodem w tej książce, którego nie dało się wyciąć, a jej co rozdziałowe zadręczanie się, że nie pomogła bratu, sprawiało, że rozważałam, czy nie porzucić Imperium ognia. Na szczęście powstrzymałam się, ochłonęłam i pozostałam przy czystym nienawidzeniu jej osoby. Nawet końcowe sceny, w których w końcu bierze się w garść nie naprawiły mojego stosunku do niej. A wiecie co było jeszcze gorsze? Stworzenie więzi romantycznej między nią a Eliasem! Wiem, że musiało w końcu do tego dojść, ale było to tak krzywdzące dla czytelnika, że modliłam się jedynie o to, żeby Elias się otrząsnął i zrozumiał, że głupia Laia, mimo urody jest głupim wrzodem. Potępiam ten paring. Żal mi Heleny. Nienawidzę Lai. Niech ją Elias zabije.

„Są dwa rodzaje przewinień: te, które ciągną cię na dno i czynią bezużytecznym, oraz te, które pobudzają do działania.

Podobało mi się, że Ember in the Ashes przez plastyczne opisy bardzo pobudza wyobraźnię, dlatego z miłą chęcią obejrzałabym ekranizację. Cenię sobie również napchanie tutaj różnych intryg, dramatów, tajemnic i splotów losów co poniektórych postaci. Akcja jest płynna, wszystko jest przemyślane i spisane logicznym ciągiem, nie widzę tu żadnych niedociągnięć pod względem konstrukcji – to, że nienawidzę Lai jest tylko moim odczuciem, poza tym trzeba jednak przyznać, że trochę się przydała i dobrze było zobaczyć, że zmienia się wraz z kolejnymi zdobywanymi doświadczeniami. Nie mogę się doczekać, żeby poznać drugą część, która na pewno sprawi mi tyle samo frajdy i utwierdzi w fakcie, że Sabaa Tahir jest pisarką geniuszem. Jak można wywnioskować: próbuję przekonać Was, żebyście jednak poświęcili trochę czasu Imperium ognia, bo jest to książka słusznie uznawana za jedną z najlepszych 2015 roku. Polecam, polecam i jeszcze raz polecam!

„Pole bitwy to moja świątynią. Czubek miecza jest moim kapłanem. Taniec śmierci moją modliwtą. Kończący cios wyzwoleniem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy