sobota, 25 lutego 2017

''Lato koloru wiśni'' + ''Zima koloru turkusu'' Carina Bartsch

Czy dałabyś drugą szansę swojej pierwszej miłości?

Pierwsza miłość na zawsze pozostaje w pamięci. Nikt nie wie o tym lepiej niż Emely, obdarzona nieco sarkastycznym poczuciem humoru studentka literaturoznawstwa. Po siedmiu latach znów spotyka przystojnego i czarującego Elyasa o turkusowych oczach. To brat najlepszej przyjaciółki, który już kiedyś wywrócił jej życie do góry nogami. Emely nadal nienawidzi go z całego serca. O wiele chętniej poświęca uwagę anonimowemu autorowi e-maili, który ma na imię Luca i zdobywa jej serce romantycznymi, czułymi wiadomościami. Ale czy można się zakochać w nieznajomym?

Komentarz: ,,- Co jeszcze przyszło ci do głowy? 
- Bardzo dużo. Cała nasza historia. 
- Nasza historia? Czy to znaczy, że my mamy… historię? 
- Elyas. Myślę, że materiału starczyłoby na całą książkę, i to tak grubą, że dałoby radę zrobić z niej dwa tomy!”

Nie ukrywam, że Lato koloru wiśni oraz Zimę koloru turkusu traktuję jako jedną książkę, którą niestety z przyczyn praktycznych i zarobkowych trzeba było podzielić na dwa osobne tomy. Bez sensu dla czytelnika, ale kto by się tym przejmował? Na pewno nie wydawcy dla których bardziej opłacalne jest wydanie dwóch tomów, zamiast jednego większego tomiszcza… A teraz zostawiam za sobą żale techniczne i przechodzę do wychwalania powieści, która niespodziewanie stała się jednym z moich ulubionych new adult.


Historia spisana jest z perspektywy Emely, studentki literaturoznawstwa, która niegdyś przeżyła pierwszy w życiu zawód miłosny. Nieodwzajemniona pierwsza miłość. Upokorzenie. Rany na sercu, które nigdy się nie zabliźnią. A przyczyną, pierwszą sympatią jak i bezlitosnym łamaczem serc, jest Elyas, starszy brat najlepszej przyjaciółki, którego Emely ponownie spotyka po kilku latach. Jak można się domyślić: bez radości, a z wielką nienawiścią. W tym samym czasie bohaterka zaczyna dostawać tajemnicze e-maile od niejakiego Luci, który wydaje się romantycznym facetem pragnącym zdobyć jej szczere zainteresowanie… I tak to się wszystko zaczyna. Już po samym opisie można się skapnąć, że Elyas i Luca będą mieli ze sobą wiele wspólnego, ale dla Emely nie będzie to, aż takie klarowne. Cóż, mimo tego Lucowatego elementu, który jest oczywisty i zapewne sprawi później wiele problemów, postanowiłam zapoznać się z książką. Po przeczytaniu obu tomów, myśląc o Lecie koloru wiśni, widzę przede wszystkim: sarkazm, dogryzki i humor. Nie będę zaprzeczać, że te trzy powiązane ze sobą elementy sprawiły, że pokochałam tę serię. Ubóstwiam rozmowy Elyasa i Emely, ich słowne potyczki, sarkastyczne docinki oraz sposób, w jaki bohaterka radzi sobie z urokiem Elyasa. Pierwszy raz spotkałam romans, w którym poziom sarkazmu przekroczył wszelką normę moich wyobrażeń. Pani Barszcz doskonale potrafi balansować słowem tak, żeby czytelnikowi leciały łzy podczas śmiechu. Widać, że ma kreatywne poczucie humoru i na pewno nie brakuje jej lekkości pisania, bo historię pochłania się w szybkim tempie.

„- Gilotyna, ukamienowanie, rozstrzelanie czy stryczek? 
- Hmmm? – zapytałam. 
- Patrzysz na mnie z taką złością, jakbyś już myślała o morderstwie. A ja pytam, w jaki sposób. 
- Chwilowo najchętniej posłużyłabym się ręcznym granatem. Poszłoby najszybciej.”

Niby jest to new adult, ale różni się od typowych historii, które miałam szansę poznać -  przede wszystkim tym, że bohaterowie nie cierpią na jakieś patologiczne traumy, z którymi nie potrafią sobie poradzić. Owszem, Emely jak i Elyas zostali miłośnie skrzywdzeni i to jakoś wpłynęło na ich dalsze relacje romantyczne, ale nie wydaje się to, aż tak krytycznym problemem jak przykładowo: zamordowanie rodziców mojej ukochanej i radzenie sobie z wyrzutami sumienia, kiedy się z nią widuję. Tutaj radzenie sobie z problemami jest subtelniejsze i bardziej przeciętne. Zawód miłosny. Kto go, choć raz nie przeżył? Możliwe, że dlatego też Lato koloru wiśni wydało mi się bardziej realne, a moje serce rozumiało lepiej z czym musieli sobie radzić. Ponadto relacja Emely i Elyasa polega głownie na zabawie w kotka i myszkę, a nie na wymuszonych seksualnych uniesieniach (ehm! O krok za daleko ehm!) – są te dogryzki, latanie za Emely, żeby w końcu ujrzała czar Elyasa, latanie za Elyasem z łopatą w ręku, żeby w końcu się odczepił i wszystko naturalnie się rozwija. Związek powoli się buduje, dzięki czemu jako czytelniczka stopniowo zakochiwałam się w tym romansie.

„Co mam do stracenia?Niewiele, nic nie znaczący detal.Moje serce.”

Lubię Emely za bystrość umysłu, siłę do walki z uczuciami oraz zdolność tworzenia tak wyrafinowanych przytyków, jednakże zdarzały się chwile w których miałam ochotę nią potrząść i powiedzieć: dziewczyno, ogarnij. Denerwował mnie jej upór (najbardziej widoczny w drugiej części), niedomyślność względem Luci oraz to jak nie w porządku zachowała się pod koniec pierwszego tomu. To było naprawdę chamskie z jej strony. Nie fair zarówno dla Luci jak i Elyasa. Lubię ją i szanuję za studiowanie tak cudownego kierunku oraz za to, że uwielbia Poego, ale mogłaby czasami przestać być taką zołzą. Co do Elyasa – kocham i zdecydowanie potrzebowałabym więcej szczegółów związanych z jego osobą. Przy czytaniu pierwszego tomu cały czas myślałam o tym, że jest zaniedbywany jako główna postać – wiedziało się o nim tylko tyle, co wiedziała Emely albo co w niewielkim stopniu wyszło z jego ust. Na szczęście zmieniło się to przy drugim tomie, gdzie w końcu zainteresowanie jego osobą było większe, a my mogliśmy się dowiedzieć, jaką naprawdę osobą jest Elyas Schwarz i co skrywa jego udręczona dusza – autorko, jestem wdzięczna.

Książka nie ogranicza się jedynie do wątku miłosnego między głównymi bohaterami, ale także pokazuje losy innych postaci. Weźmy na przykład Alex, upierdliwą przyjaciółkę Emely, która także przeżywa swoje love story albo sprawę związaną z Jessicą (tak się chyba nazywała) i jej niefortunnym zakochaniem się w nieodpowiedniej osobie albo rodziców Elyasa, którzy pozytywnie wpłynęli na przebieg zdarzeń. Mnóstwo bohaterów i tyle samo różnych odcieni miłości.

„Ścigałam Elyasa w drodze do toalety. Ścigałam Elyasa. W. Drodze. Do. Toalety.Boże, nie byłam stalkerem. Byłam cholerną psychopatką!”

Jeśli chodzi o Zimę koloru turkusu to do niej pasują słowa: komplikacje, walka z uczuciami oraz bolesna prawda. Wychodzą na jaw największe tajemnice, a bohaterowie muszą się z nimi uporać, tak jak z kłamstwami, w które niepotrzebnie zabrnęli. Oczywiście, wciąż jest zabawnie, szczególnie na początku, kiedy jest akcja z Panem Krzakiem, ale później robi się coraz dramatyczniej i zdajemy sobie sprawę, że kurczę, bohaterowie cierpią i to z własnej głupoty. Z jednej strony było mi smutno, bo nie mogłam znieść tego, że ich piękny związek sypie się w drobny mak, a z drugiej wkurzało mnie, że nikt nie działa. Czemu nikt im nie pomoże?! – krzyczałam coś w tym stylu. Zakończenie chwyta za serce, chociaż gdybym to ja pisała, to pociągnęłabym historię troszkę dalej, tak kilka dni do przodu, żeby mieć wgląd jak się toczy ich życie. No, ale nic. Nie będę narzekać. Podobało mi się. Uwielbiam. To był prawdziwy rollercoster emocji i polecam. Pani Barszcz spisała się na złoto i już jestem pewna, że przeczytam wszystko, co wyda. Dlatego i Wy nie wahajcie się i jak najszybciej przeczytajcie dwa tomy o miłosnych perypetiach Elyasa i Emely.

„- Ale to działa - powiedział pewnym siebie głosem. - Lecisz na mnie. 
- Lecę na ciebie jak zepsuty szybowiec.”

5 komentarzy:

  1. Mam w planach książki, ale jakoś mijam się z nimi. Ciągle mam coś do czytania...:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie byłam zaintrygowana powieściami Cariny Bartsch, ale skoro polecasz... Myślę, że po nie sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam, bo można nieźle się uśmiać :3

      Usuń
  3. A tak długo nie zaczęłaś tego czytać! A tak długo namawiałam! I co? I było warto! :P

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy