czwartek, 2 lutego 2017

''Nie poddawaj się'' Rainbow Rowell

Ulubiony książkowy bohater znanej z Fangirl Cath powraca z własną historią.

Simon Snow rozpoczyna właśnie ostatni rok nauki w Szkole Czarodziejów w Watford. Nie żeby przez ostatnie kilka lat jakoś bardzo się podszkolił – wciąż słabo radzi sobie z różdżką, w dodatku nieustannie coś podpala albo sam wybucha. Na domiar złego porzuca go dziewczyna, a jego mentor nie daje znaku życia. Simon zupełnie nie wie, dlaczego akurat on uznawany jest za najpotężniejszego czarodzieja, skoro każde z jego życiowych przedsięwzięć to porażka.
Ale gdy w Świecie Magów zaczyna wrzeć, Simon musi sprostać wyzwaniu i zapanować nad sytuacją. Nie pomaga przeczucie, że Baz, jego współlokator, a zarazem największy wróg, prawdopodobnie knuje coś za jego plecami.

Komentarz: „Czy to ważne, że nigdy nie mam dobrych intencji? Moje piekło nie jest wybrukowane ani dobrymi, ani złymi intencjami. To po prostu moje piekło.”

Z Fangirl wiąże się bardzo niesamowita sprawa. Ci, co czytali to pamiętają, że Cath zajmowała się magicznym fandomem Simona Snowa i shipowała go z jego odwiecznym wrogiem Bazem, pisząc i publikując fanfiki, które czytali inni fani. Wszyscy wiemy, że historia Simona była sama w sobie fanfikiem do Harry’ego, a teraz wyobraźmy sobie Cath, która pisała fanfiki o Simonie – ogólnie wychodzi z tego pokręcony fanfik w fanfiku, który Rowell udało się okiełznać i nadać spójności. I to okiełznanie i ta spójność jest widoczna w Nie poddawaj się, spin offie Fangirl, który poszerza naszą wiedzę na temat uniwersum Snowa. I choć nie jest to jakieś wybitne dzieło, to można dopatrzeć się w nim pasję zarówno Cath jak i Rowell.


Historia sama w sobie przedstawia ostatni rok nauki Simona Snowa w szkole czarodziejów i jego ostateczne zmagania z Szaroburem, największym nemezis (zaraz po Bazie). Jestem ogromnie wdzięczna autorce, że darowała sobie jakieś szczegółowe opisy na temat życia szkolnego Snowa – zamiast tego otrzymujemy w pigułce jak wyglądała jego przeszłość, życie miłosne, poszczególne przygody, zawieranie przyjaźni, czy spiski i pułapki, które szykował na niego Baz. Oczywiście, nie rzuca tego nagle, w jednym rozdziale. Tylko stopniowo zaznajamia nas z bohaterami i pozwala z czasem zrozumieć ich naturę. Do tego wspominki postaci, zawsze z czegoś wynikają, czyli przykładowo zaatakował nas Szarobur - można wpleść pierwsze spotkanie z nim czy w ogóle wyjaśnić dlaczego jest taki zły; albo matka Penelope coś powiedziała - przypomnijmy sobie jak wyglądały relacje z jej rodziną. Ukazywanie stopniowo przeszłości w pigułce, a następnie wracanie do teraźniejszych zdarzeń urozmaiciło i jak najbardziej wzbogaciło fabułę. Cieszę się również z tego, że do niby prostej historii autorka wplotła mnóstwo intryg i tajemnic. Przez pierwszą część książki to jest ciągłe zastanawianie się: gdzie się podział Baz i czy coś kombinuje? Później główkowanie na temat śmierci matki Baza i kim jest tajemnicza Lucy, która próbuje nawiedzić Simona. Dodatkowo pojawiały się pytania: co konkretnie planuje Szarobur, skąd się wziął, czego chce od Simona i dlaczego Mag działa w taki, a nie inny sposób? Owszem, niektóre przebiegi spraw można przewidzieć (przykładowo: ten kluczowy element związany z Szaroburem), jednak same końcowe rozdziały były dla mnie miłym zaskoczeniem, ale nie aż takim, żeby spaść z fotela.

W kwestii pisania z różnych perspektyw mam dylemat, ponieważ to jest bardzo dobry zabieg, urozmaicający patrzenie na bohaterów i wydarzenia z innej strony niż tylko Simon czy Baz, ale trochę przedłużał, a czasem przynudzał, szczególnie kiedy były rozdziały poświęcone Agacie czy Magowi. Rozumiem i tak jak mówię: bardzo dobrze, że to się pojawiło, bo dzięki temu pojęłam, dlaczego Agatha jest z pozoru taką nieczułą babą, poznałam historię Lucy, zobaczyłam oczami Penelope to, co Simon czy Baz nie dostrzegali, czy też odkryłam zamiary Maga. Bardzo dobry zabieg, ale przy Agacie i Magu strasznie nudny. Prócz tego bardzo zabawne były opisy ze strony Simona i Baza. Ten pierwszy, jak na głupka przystało, myślał na okrągło o knowaniach Bazach i czasem tak bardzo się nakręcał, że zapominał o innych ważnych rzeczach, zaś ten drugi niby w chłodny sposób wszystko analizował, lecz kiedy jego myśli zwracały się w kierunku Simona, to albo podsycał tamtego paranoje albo wymyślał jakieś inne metody, żeby Snow zwracał tylko na niego uwagę. Jak to bywa z Rowell humoru nie brakuje, szczególnie gdy chodzi o jakieś miłosne zawirowania.

Wiadomym jest, że Baz jest zakochany w Simonie, ale nie zmienia to faktu, że oboje są rywalami, aż do śmierci i choć oboje zdają sobie z tego sprawę, to i tak w pewnym momencie ich relacja przeradza się w coś cieplejszego dla serduszka. Wyobrażam sobie, że ciężko się pisze o związku homoseksualnym w taki sposób, żeby nie wyszedł sztampowo, bądź jak karykatura. Widać, że Rowell walczy, stara się, próbuje nadać temu odpowiednią formę. I z jakim skutkiem? Jedyne w co z pewnością uwierzyłam to miłość Baza do Simona i to, że Snow ma obsesję na punkcie Baza. Jednakże czy można to uznać za obsesję miłosną? To już zależy od czytelnika. Dla mnie rozpoczęcie ich związku było sztampowe, ale musiało takie być. Musiało wyniknąć z takiej kryzysowej sytuacji. Musiało mieć jakiś początek. Później było już lepiej, subtelniej. Zatem… Rowell jakoś dała radę. (Uwielbiam to zakończenie + uwielbiam fanarty, jakie mogłam znaleźć na Internetach).

„ - Jesteś cholerną klęską żywiołową, Snow. Nie mógłbyś być gorszym popaprańcem. 
Próbuje mnie pocałować, ale tym razem się cofam. 
- I tobie się to podoba? 
- Ogromnie - odpowiada. 
- Dlaczego? 
- Bo do siebie pasujemy.”

To, o czym powinno się jeszcze wspomnieć to sprawa magii. Śmieszne a zarazem wyjątkowo przemyślane było to, że Simon nie potrafił obsługiwać różdżki, dlatego zawsze wolał załatwiać sprawy mieczem. Co innego Baz zawsze przygotowany, zawsze wybitnie uzdolniony, władający ponadprzeciętnie magią. Wszystko z czarami i ich efektami było w porządku, lecz mój ból i żal leżą przede wszystkim w zaklęciach, które musieli wypowiadać. To było tak dziwne, a zarazem tak dziecinne i z lekka żałosne, że… po prostu nie mogę zaakceptować tych zaklęć. Rozumiem, że miały śmieszyć, ale dla mnie są jak suchary. Weźmy na przykład zaklęcie: Życie na gorąco! Albo Scooby-Dooby-Doo, gdzie cię poniosło? albo Biedroneczko, leć do nieba, przynieś mi kawałek chleba. Teraz wyobraźcie sobie, że wypowiada to bardzo groźnie wyglądający wampir Baz. Mnie by było wstyd w ogóle coś takiego czarować! I tyle z moich żalów.

Podsumowując, Nie poddawaj się uważam za dobry spin off Fangirl. Przez te zaklęcia może wydawać się dziecinny, ale ogólnie jest to literatura młodzieżowa i ma za zadanie przedstawić ciekawą przygodę oraz romans między dwójką nienawidzących się ludzi. Ponadto kwestionuje rolę Wybrańca, pokazując, że każde przeznaczenie można zmienić. Dobrze się czytało i dzięki tej powieści przypomniałam sobie za co uwielbiam pióro Rainbow Rowell. Nie poddawaj się jest koniecznym dodatkiem do Fangirl, które każdy fan powinien przeczytać, a jeśli nie czytaliście Fangirl, a chcecie poznać perypetie Simona i Baza to nie ma żadnych przeciwskazań, żeby sięgnąć najpierw po tę książkę. Polecam.

2 komentarze:

  1. A więc tak mają brzmieć zaklęcia? No cóż...
    Hmm, teraz się zastanawiam od której książki powinnam zacząć, chociaż ostatecznie pewnie padnie na "Fangirl". Chętnie bym ją już przeczytała. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaklęcia pierwsza klasa :D
      Zacznij od Fangirl - moje serce podbiła :3

      Usuń

Obserwatorzy