poniedziałek, 15 maja 2017

''Wioska morderców'' Elisabeth Herrmann

TOM I SANELA BEARA

Pewnego majowego dnia w ogrodzie zoologicznym w Berlinie dochodzi do makabrycznej zbrodni. Kiedy na miejscu zdarzenia zjawia się policjantka Sanela Beara, zastaje chaos i zamieszanie. Kilka dni później prasa opisuje przerażające okoliczności zdarzenia i ujawnia nazwisko kobiety podejrzanej o popełnienie przestępstwa. Charlie Rubin przyznaje się, że to ona dopuściła się tej zbrodni. Sanela jednak ma wątpliwości i rozpoczyna własne dochodzenie w tej sprawie.

Profesor Gabriel Brock i młody psycholog Jeremy Saaler, którzy mają przygotować opinię na temat poczytalności Charlie Rubin, zaczynają podejrzewać, że zabójstwo ma coś wspólnego z dzieciństwem podejrzanej, spędzonym w Wendisch Bruch, niewielkiej wiosce w Brandenburgii, gdzie nie ma już ani jednego mężczyzny… I tylko psy szczekają tak jak przed laty, zwiastując swoim ujadaniem nadchodzące nieszczęście.

Komentarz: „Pewne sprawy muszą być trudne i skomplikowane, bo inaczej stają się bezwartościowe.”

Patrzę na okładkę, czytam tytuł, myślę – o, książka o psychopatach zabijakach, coś dla mnie. Zaczynam czytać, pochłaniam, przetwarzam, myślę – o, to jednak coś innego, ale psychologia jest, zabijaki są, tajemnice – obecne! – stwierdzam: cudnie skonstruowana powieść.


Wioska morderców od jakiegoś czasu błądziła po moich myślach, a kiedy zdecydowałam się w końcu ją przeczytać, okazała się czytadłem z potencjałem. Trochę tu kryminału, chociaż lepiej określić to thrillerem, spora dawka psychologii, nie brakuje tutaj niepokoju, tajemnic, dreszczyku emocji i przeklinania pod nosem, gdy któryś z bohaterów robi coś niespodziewanego (często połączonego z obrzydliwą czynnością), przykładowo próbuje się zabić spinaczem do papieru. Uuuła… Fabularnie historia skonstruowana jest logicznie i na tyle interesująco, że im dalej brniemy, poznając coraz to nowsze fakty, tym bardziej nakręcamy się na poznanie całej prawdy. Wszystko zaczyna się od pewnego brutalnego morderstwa w zoo, gdzie po krótkim czasie wina spada na jedyną podejrzaną: dziwną kobietę, która zajmowała się z zawodu zabijaniem zwierząt. Wszystkie dowody wskazują na nią, ale dla zwyczajnej policjantki Saneli Beary sprawa nie jest, aż tak oczywista. Podobne odczucia ma młody psycholog, Jeremy, który w dziwnym zachowaniu podejrzanej dopatruje się przyczyn w jej przeszłości, a dokładniej w latach dzieciństwa spędzonych w małej wiosce, Wendisch Bruch. Oboje, zarówno policjantka jak i psycholog, postanawiają na własną rękę rozpocząć śledztwo, które… jest prowadzone w bardzo intrygujący sposób. Oczywiście, nie ma tu żadnych nowych metod prowadzenia śledztwa, ale to, jak autorka opisuje ich poszczególne działania i chwile, w których wygrzebują trupy z szafy, sprawia, że czytelnika przechodzą ciarki i chce wiedzieć więcej. Ważne informacje podawane są w nieoczywisty sposób - autorka podejmuje grę z czytelnikiem, czy uda mu się wypatrzeć znaczące szczegóły i dobrze je poskładać w całość – ja sama miałam problem, bo naprodukowałam się wielu teorii, a pod koniec i tak wyszło co innego. Uważam to za ogromny plus. Tak się powinno tworzyć kryminały – wpuścić czytelnika w maliny i rozwiązać całą sprawę z przytupem.

„Do zła należy podchodzić z dystansem. Wprawdzie nie umniejsza to jego działania, ale czyni go bardziej przewidywalnym.”

Zbytnio nie przywiązywałam uwagi do bohaterów. Mój dystans emocjonalny może leżeć w tym, że dopiero pierwszy raz spotykam się z tymi postaciami, a w kryminałach jednostrzałowych mam zwyczaj nie sympatyzowania z bohaterami, chyba że czymś wyjątkowym się wyróżnią. Tutaj niestety nikt się nie wyróżnił, prócz Charlie Rubin (podejrzanej), ale ona była dziwna i niepokojąca, w tym negatywnym znaczeniu. Oczywiście może się zdarzyć, że w kolejnej części (Śnieżnym wędrowcu) moja sympatia do kogoś wzrośnie, ale póki co: wszyscy byli mi obojętni. Sanela jako glina wydawała się twardą babą, sprytną i bystrą, całkiem dobrze spisała się jako głównodowodząca tym śledztwem i angażująca innych do działań. Szkoda tylko, że pod koniec zaczęła tracić grunt pod nogami i nie przewidziała czającego się niebezpieczeństwa. Jeremy, jako główna postać męska zainteresowana sprawą Rubin, spisał się dość słabo. Niby mądry facet, niby zaangażowany, niby psycholog, ale czynił takie głupie gafy i nie domyślał się tylu spraw, że miałam ochotę nim potrząsnąć. Co do drugoplanowych bohaterów, to pozytywnie fajni okazali się przełożeni Saneli i Jeremy’ego, miło też było zobaczyć, że autorka przyłożyła starań, żeby każda postać, nawet ta dziesiątoplanowa, jakoś wpływała na fabułę.

Uznaję Wioskę morderców za wspaniały thriller psychologiczny ze wciągającą historią i dobrze skonstruowanym planem wydarzeń. Czytało się wybitnie dobrze, mroczny i niepokojący klimat towarzyszył mi do ostatnich stron, dlatego nie pozostaje mi nic innego jak polecenie książki osobom mającym słabość do zagadek psychologicznych i lubiącym opowieści z dreszczem. Mnie zostaje przygotowanie się na Śnieżnego wędrowca i nową sprawę Saneli.

„Świat jest jak ogród, a przecież każdy dobry ogrodnik wie, że walka z chwastami nigdy się nie kończy.”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy